- Dobrze, że już jesteście. – to były pierwsze słowa, które wypowiedziała. Nie żadne „cześć”, nie „co tak długo”, nie, że „miło was widzieć”. Ale jak mogła się inaczej zachować, skoro wszystko było na wariackich papierach? W porządku, może było jeszcze trochę czasu, ale jutro zbliżało się nieubłaganie. I właściwie wszystko trzeba było właśnie zrobić jutro. Jutro kwiaty, jutro ubieranie się, jutro odebrać samochód, jutro pomóc Sarze. Dziś tylko albo i aż zobaczyć ogród, ocenić wystrój. Tak, ogród, bo para młoda stwierdziła, że jutro ma być pięknie. Jako świadkowa próbowała nakłonić ich, żeby jednak wynajęli salę, przecież otoczenie może być równie piękne, ale oni nie chcieli słuchać. I w tym momencie, beztroska zakochana para, czekała żeby jutro powiedzieć sobie „tak”. A pogodą martwiła się tutaj ona.
- Co się tak gorączkujesz? – zapytał Matteo, a ona stanęła wyprostowana jak struna. – Mamy czas.
- Właśnie, że nie mamy czasu! – wyjęczała. – Tak poza tym, to nie Ty jesteś świadkiem. Tylko ja i Thomas. I chyba musimy się pośpieszyć, bo jeszcze tyle do załatwienia! Wszystko musi być idealne! Tylko ta pogoda…
- Przynajmniej będziecie świetnie razem wyglądać przy ołtarzu. – podsumował jej wywód Luca i w tym momencie całe napięcie po prostu znikło. Całe mieszkanie, już dawno umeblowane przez nią i niemałą pomoc jej przyjaciół, po prostu rozbrzmiało od ich szczerego śmiechu.
- Myślicie, że spodobają im się te balony? Ewidentnie mówiłam, że ze względu na pogodę… - zaczynała się nakręcać i gestykulując o mało, co nie wylała kubka herbaty na kolana Matteo.
- Spodobają. – mruknął Thomas. – Nie panikuj, jutro ma być pięknie.
- A co jeśli nie? Będzie wiał chłodny wiatr, będzie padało, może i będzie burza?
- Ja rozumiem, że jesteś świadkową i się martwisz, ale Ty możesz tylko sprawić, żeby oni czuli się jutro dobrze, żeby wszystko poszło sprawnie i płynnie. Nie wpłyniesz na pogodę, ani nawet na to, co może przypadkiem się wydarzyć. – zabrał głos Luca, który spoglądał na nią poważnie.
- Ma rację. Nie potrzebnie tym wszystkim się denerwujesz. Zamiast cieszyć się, że Twoja najlepsza przyjaciółka jest szczęśliwa, bo jutro wychodzi za mąż, za mężczyznę, którego kocha to strasznie się martwisz. Dlaczego?
- Bo ja na jej miejscu marzyłabym o tym, żeby ten dzień był idealny, taki jak ja go sobie wymarzyłam. – odpowiedziała wzruszając ramionami.
- Tylko, że do końca swoich dni dzielisz życie z człowiekiem, a nie ślubem czy weselem, które będzie trwało góra dwa dni. – i znów słyszała racjonalne wytłumaczenia atakującego.
- Jasne, masz rację. Tylko czasem naprawdę człowiek marzy o czymś takim tylko jego, co będzie idealne i dokładnie takie jak chce, takie, jakie to sobie wymarzył. Czasem to po prostu się człowiekowi należy.
- Jasne, tylko to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest szczęście. – odparł, a Thomas z Matteo wyraźnie wymienili między sobą spojrzenia. – I to powinno być jutro i przez resztę ich życia na pierwszym miejscu.
- Oprócz miłości, Luca. – dodał Thomas, a tym razem – Miłość jest wszystkim.
- Miłość miłością, ale może czas na kolację? – zapytał po prostu, a wszyscy pokręcili głową z dezaprobatą. – Wy nie jesteście głodni?
- Co Ty ostatnio taki wygłodniały jesteś? – roześmiał się Thomas. – Rzucasz się na każde jedzenie jakby nie wiadomo jak i gdzie Cię głodzili.
- No stary, jak się robi masę – tutaj naprężył biceps. – to trzeba się posilać.
- Ta, zwłaszcza tortem jak ostatnio! – wypomniał Matteo, a ten prychnął. – No, co, a niby nie?
- Tort był nagrodą za wszystkie wysiłki.
- A teraz, co byś zjadł? – zapytała pani domu.
- A wiesz… Myślę, że coś słodkiego.
- Znowu nagroda?
- Nie, przyzwyczajam się przed opychaniem się jutro.
- A co z robieniem masy?
- A kto powiedział, że ja tej masy jutro nie będę robił? Stary, dopiero wtedy masę będę ogarniał.
- Aż jutro normalnie wszystko zwrócisz. Jeszcze jak sobie to wszystko popijesz…
- O ludzie, zazdrościsz mi? – zapytał lekceważąco.
- Nie wierzę, czy faceci ciągle nawijają o jedzeniu?
- Nie, częściej o seksie. Mamy zacząć? – dodał Piano. – Więc chłopaki…
- Dosyć, dosyć. Nie chcę słyszeć o waszym… niczym. – dodała próbując się nie roześmiać.
- A może jednak?
- Nie!
- Nie wiesz jak fajne rzeczy Cię omijają.
- Skończcie głupki. – mruknęła, udając poważną.
- To możemy znowu zacząć mówić o jedzeniu? – jęknął Luca. – Więc zjadłbym….
- Wszystko.
- Dobra myśl Vitto! – usłyszała jego zdrobnienie i uśmiechnęła się. – No wiesz, prawie jak Vetto tylko przez „i”.
- Brzmi jak jakaś para z romansu. – odezwał się Thomas. – Vitto i Vetto.
- Ale na tym pozostanie. Sorry Vetto. – dorzuciła szybko.
- Nie no, nie ma sprawy Vitto. Wszystko rozumiem. – odpowiedział i puścił jej oczko, a ona zaraz uśmiechnęła się do nich wszystkich, ale najdłużej to spojrzała na Matteo, który dziwnie wiercił się na swoim miejscu.
- No dobrze, a tak serio, to, co jemy na kolację?
- O, a mogę ja zrobić? – zawołał Vettori, a kiedy mu pozwoliła i spokojnie udostępniła w pełni wyposażoną kuchnię, z radością poszedł w tamtą stronę. – Postaram się nic nie wysadzić w powietrze!
- Vetto!
- Żartowałem Vitto! Po prostu potrzebowałem wymówki, by znów Cię tak nazwać. Strasznie podoba mi się to zdrobnienie. – wytłumaczył, a tamta już nie mogła się nie roześmiać.
- Nie zapędzaj się! – ostrzegł Thomas
- Wieeem! – odkrzyknął. – Dobra, teraz cicho. Zaczynam gotować!
Zgodnie wszyscy umilkli, przewracając oczami, czego nie widział Luca, na szczęście - strasznie tego nie znosił. Nagle Thomas wstał i zapytał, czy może sobie tu po prostu buchnąć, bo ma straszną ochotę na papierosa. Niezadowolona dziewczyna wskazała mu na balkon, a tamten uśmiechnął się, przeszedł do przedpokoju zabierając fajki i poszedł w stronę, gdzie mógł bezkarnie wdychać nikotynę.
- Chcesz jeszcze herbaty? – zapytała Piano po chwili ciszy. Spojrzał na nią poważnie i pokręcił głową.
- Nie przeszkadzajmy Luce, bo kiedy on jest w kuchni to…
- Wszystko słyszę! – odkrzyknął. – Nie zapominajcie, że mam dobry słuch.
- Za to z Twoim wzrokiem…
- Odezwał się nie okularnik!
- Ale ja nie chodzę w nich codziennie! – odparował mu ponownie.
- No nie, bo Ty nic nie widzisz z daleka! A ja widzę zawsze!
- Och dobra, przestańcie kłócić się jak małe dzieci.
- Nie kłócimy się jak małe dzieci! – krzyknęli oboje w tym samym momencie.
- Przynajmniej w czymś się zgadzają, co nie Vitt? – roześmiał się Beretta.
- Kocham Was normalnie! – wyjęczała siedząc na sofie i zaśmiewając się do łez z tych ich przekomarzań. Dopiero, kiedy usłyszała pytanie zadane przez Thomasa nabrała powietrza, a co przez to idzie wybuchła niepohamowanym rechotem. Doszło do tego, że nawet Luca przybiegł z kuchni zobaczyć, co się dzieje. Nie mogła przestać się śmiać, a cała trójka stała i wymieniała ze sobą tylko spojrzenia, zerkając na nią z niepokojem. Ona machała sobie dłońmi przed twarzą, żeby się odrobinę uspokoić, jednak to nic nie pomogło. A kiedy usłyszała krzyk Vettoriego, że coś mu się tam zaraz spieprzy, dostała czkawki. Dopiero, gdy Matteo przybiegł ze szklanką wody zaczęła powoli się uspokajać, ale to i tak trwało trochę czasu. W sam raz do kolacji, którą podał siatkarz.
Wieczór był niesamowicie udany. Właściwie przeciągnął się aż do nocy, ponieważ położyli się przed trzecią. Z niej naśmiewali się, że się zamartwia, ale im bliżej było ślubu i wesela, każdy odczuwał pewien niepokój. Oczywiście, wszyscy chcieli by wyszło jak najpiękniej, ale to ona i Thomas byli za to wszystko najwięcej odpowiedzialni.
Dlatego też zbliżała się godzina czwarta, a ona dalej bezsennie leżała w łóżku. Wszystko miała już na jutro naszykowane. Na szafie wisiała sukienka, w przedpokoju znajdowały się buty. Dodatki wraz z zapełnioną torebką leżały na toaletce. Tam też przygotowane miała akcesoria do makijażu oraz sprzęt, który dostała od Matteo. Tak, wszystko było gotowe na dzisiejszy poranek.
Gdyby tylko można było zasnąć. Chłopaki już dawno chrapali za ścianą, w gościnnym pokoju, gdzie znajdowały się trzy rozkładane fotele. Cieszyła się, że spędzili z nią ten dzień i że wszyscy razem przygotują się na uroczystość. To jasne, że to im było wygodniej, w końcu nie musieli się gonić z rana, nie musieli jechać i martwić się czy zdążą, czy wszystko będzie w porządku. Miała to szczęście, że i Sara pochodziła z Mediolanu. A jej nowe mieszkanie mogło posłużyć przyjaciołom. Cieszyła się, że, mimo że siatkarze nie byli blisko z Sarą czy Alessandrem to jednak zostali zaproszeni na zabawę. Co prawda nie cieszyła się tak, gdyż żadnemu daleko było do odpoczynku, bo wspólne przegadane godziny się przeciągały.
I w tym momencie zazdrościła im, że tak bez problemu oddali się w objęcia Morfeusza. Ona nie miała takiego szczęścia i marzyła o tym, żeby jej się udało. Chciała nad ranem dobrze wyglądać, chciała odpocząć przed intensywnym dniem. A tutaj jak na złość, 4:15. O 8 trzeba było już być po śniadaniu, przecież to nie realne. Westchnęła i wzięła telefon w dłoń, postanowiła włączyć coś, co mogłoby ją skutecznie uśpić. Jednak telefon w jej dłoniach nagle rozdzwonił się. Syknęła i zerkając szybko na wyświetlacz, odebrała. W nocy wszystkie dźwięki były o wiele wyraźniejsze i miała wrażenie, że obudziła chłopaków za ścianą.
- Nie śpisz? – usłyszała szept Sary. Uśmiechnęła się do siebie, ale za chwilę chrząknęła. Dziewczyna miała dziś ślub.
- To raczej ja powinnam zapytać Ciebie, dlaczego Ty nie śpisz. – odmruknęła. – Hm?
- Bo to moja ostatnia noc za panny. – odpowiedziała. – I jakoś nie mogę zasnąć. Wiesz, chyba się boję.
- Czego? Wszystko jest w porządku, wiesz, że mam nad tym kontrolę. Nawet, jeśli pogoda…
- Nie, nie boję się o uroczystość. Boję się ogólnie. – nastała cisza, przyjaciółka wyraźnie szukała odpowiednich słów. – Bo co jeśli mi się nie uda? Co jeśli nie będę szczęśliwa?
Tak, to były uzasadnione obawy. Nie bała się o byle co – po prostu o powodzenie i szczęście. Zawsze wiedziała, że Sara jest mądrą dziewczyną, a potem kobietą. Okej, może czasem zwariowana czy zbyt wrażliwa, ale była naprawdę bardzo dobrą osobą.
- Ale oczywiście, że będziesz szczęśliwa. Masz jakieś przesłanki by sądzić, że nie? Czy Alessandro…
- Nie, nie. Między nami jest w porządku. Kocham go, a on kocha mnie. No i naprawdę wszystko jest dobrze, tylko czy po ślubie też takie będzie?
- Miłość i szczęście jest najważniejsze, a wy w końcu to macie. – odpowiedziała spokojnie. – Na pewno będzie wspaniale, przeżyjecie ze sobą wiele lat.
- Uhum. – odparła tylko. - A Vitt?
- Hm?
- Cieszę się, że Cię mam. Że mam ten zaszczyt. Że jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Fajnie, że tak dużo razem przeżyłyśmy. Super, że jesteś już zdrowa. I wiesz? Ten ostatni czas naprawdę dał nam popalić. Przykro mi, że wtedy było tak jak było, ale…
- Kochana, ale już wszystko jest w porządku, naprawdę. Jestem i będę.
- Będziesz?
- Będę zawsze, kiedy tylko będziesz tego potrzebować. Nic się nie zmieni.
- Nic?
- Sara, kochanie…
- Jestem w ciąży Vitt. – wyszeptała cicho tamta, że aż mogło się wydawać, że wcale tego nie powiedziała. – Słyszałaś? Nie każ mi tego dwa razy powtarzać.
- Słyszałam. Gdybym tylko była obok, mocno bym Cię uściskała, ale zrobię to dopiero przed ślubem. Ale Ty się chyba nie cieszysz? Nie chcesz go?
- Vittoria, właśnie chcę. Chcę bardzo, ale równie mocno boję się o to wszystko. Czy jestem odpowiednia? Czy sobie poradzę? Czy będę taka jak Ty? Czy…
- Będziesz jeszcze lepsza ode mnie. Wychowasz go, albo ją, na wspaniałego człowieka. Będzie na pewno szczęśliwy, no albo szczęśliwa.
- Dziękuję Ci. A i wiesz… Czy zostałabyś chrzestną naszego dziecka? – zapytała prosto z mostu. – I jeżeli byłoby to w porządku, gdyby była to dziewczynka chciałabym jej dać na drugie Julia. Godzisz się?
- Tak. Tak! – wykrzyczała dwa razy, na chwilę zapominając, że jest środek w nocy, a w mieszkaniu nie przebywa sama. – Przepraszam. Tak kochana, tak. Godzę się. Na chrzestną, na Julię na drugie. Na wszystko kochana, co tylko sprawi Ci radość.
- Jesteś najlepsza, wiesz? – rozpłakała się w słuchawce. – Przepraszam, jestem jak baba w ciąży. No właśnie… Ale wiesz? Chciałabym, żebyś nikomu nie mówiła.
- Dlaczego? Chcesz wszystkich zaskoczyć na ślubie?
- Nie. Chciałabym najpierw powiedzieć Alessandro. On jeszcze nie wie. Jesteś pierwsza, dobra druga, bo ja byłam pierwsza. I ja wiem, że to takie głupie, ale Ty byłaś mamą w wieku 18 lat i naprawdę chciałam poznać Twoją opinię.
- Już ją poznałaś, ale posłuchaj jeszcze raz. Kochana, jesteś mądra, inteligentna, wesoła, wrażliwa, szczodra, przyjacielska i mogłabym tak wymieniać i wymieniać aż do następnego ranka. I chętnie bym to zrobiła, gdyby nie fakt, że za parę godzin trzeba wstać. Więc powiem tylko tyle: Poradzisz sobie. Ze wszystkim. W roli żony i matki. Wytrwasz w małżeństwie, założysz szczęśliwą rodzinę. Tyle ludzi jest wokół Ciebie, razem ze mną. Nie ma, co się martwić na zapas, naprawdę. Wszyscy Cię kochamy i zawsze z chęcią pomożemy, wiesz?
Mówiła tak i mówiła, że gdy chciała usłyszeć od niej znak, że jeszcze jej słucha, w słuchawce usłyszała ciche posapywanie. Zasnęła i ona. Dobrze, nie ma, co się denerwować. Niech sobie śpi, niech się już nie denerwuje. A ona? A tutaj już wybiła 5:00. Dobrze, spróbuje zasnąć, tylko przejdzie do kuchni napić się wody. A potem na pewno już zaśnie. Odłożyła telefon i spokojnie wstała z łóżka. Cicho przeszła do kuchni. Nie zapalając światła ruszyła w stronę, gdzie powinna stać butelka z wodą. Nie zdążyła jednak dojść do kuchennej szafki by wciągnąć stamtąd jakąś szklankę, kiedy usłyszała „dlaczego nie śpisz?”
- O Boże! – wrzasnęła, naciskając na kontakt by zaświecić światło. – Matteo! Nie strasz. Dlaczego tutaj siedzisz?
- Przebudziłem się. – wzruszył ramionami. – I postanowiłem napić się wody.
- Obudziłam Cię? – wyjęczała. – Przepraszam. Dzwoniła Sara, nie mogła spać. I tak jakoś…
- Wydarzyło się coś niefajnego? – pokręciła głową. – A fajnego? – pokiwała głową. – O, no to…
- Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz. – zagroziła palcem, przerywając mu. – To naprawdę ważne. Będziesz wiedział, jako trzeci. I proszę, nie mów nikomu. Nikomu, zgoda?
- Zgoda, jasne. Mów, o co chodzi.
- Ale obiecaj, że nikomu ani mru mru!
- Obiecuję, nikomu ani mru mru.
- Spodziewają się dziecka. – wyszeptała i nagle się rozpłakała. – Cieszę się, ogromnie się cieszę. Dlatego płaczę. – wyjaśniła, wskazując na twarz. – Strasznie im zazdroszczę, wiesz? Mają wszystko. To znaczy, cieszę się ich szczęściem, ale jednocześnie tak bardzo zazdroszczę. To chyba nie w porządku?
- To jak najbardziej normalne. No już, chodź tutaj. – wyciągnął ręce w jej stronę, a ona zaraz zasiadła mu na kolanach i wtuliła się mocno w jego ramiona. – No i jak chcesz to sobie popłacz. Jestem przy Tobie.
Usłyszała budzik i myślała, że zaraz wyrzuci go za okno. No, co za cholerstwo tu piszczy. Przecież dopiero, co się położyła. Chociaż tak właściwie to nawet nie pamiętała, kiedy i jak zasnęła. Ostatnie, co pamięta to spotkanie z Matteo w kuchni o 5 rano. A co działo się później?
To tak właściwie ile ona spała? Jęknęła i ledwo patrząc na oczy, dostała się do godziny w telefonie. 9. Okej, ma jeszcze czas… Ale zaraz, jaka 9! Przecież o 8 wszyscy mieli być po śniadaniu i powoli mieli się ubierać i załatwiać jeszcze milion innych rzeczy.
- Zaspałam! – sapnęła i szybko wygrzebała się spod kołdry. Z hukiem otworzyła drzwi do swojej sypialni i pierwsze, co zrobiła, to zjawiła się w kuchni. A tam towarzystwo świetnie się bawiło. Przy wspólnym stole siedzieli siatkarze oraz dwie dziewczyny. Siedziały do niej tyłem i nie za bardzo nie wiedziała, kto to jest. – Co tu się dzieje?
- O, już wstałaś. Cześć. – uśmiechnął się do niej Matteo. – Luca, podaj śniadanie. Dziewczyny, do roboty.
- Nie rozumiem. – mruknęła, otrzymując talerz z kanapkami. – To znaczy dziękuję. Ale mieliśmy wstać o 8 i iść po kwiaty i odebrać samochód i…
- Kwiaty stoją już na balkonie. Samochód znajduję się przed bramą. A Ty siadaj, bo Matteo zrobił Ci kanapki, wyluzuj się. Żeby Ci było łatwiej byliśmy już po Biancę i Annę i one pomogą Ci się przygotować. – tłumaczył Thomas, a ona spojrzała na dziewczyny raz jeszcze. Nie poznała ich. Wyglądały tak prześlicznie. Uśmiechały się, ale i spokojnie popijały wspólną kawę z chłopakami. – No a później już tylko jechać do Sary.
- Kto to wszystko wymyślił? – zapytała, siadając na miejscu środkowego Modeny, a wszyscy znacząco spojrzeli na Piano. – Dzięki. Super, że jesteście.
- Zrobię Ci jeszcze kawy. Nie chciałem wcześniej, bo nie wiedziałem, o której wstaniesz. – mruknął, a reszta przyjaciół nagle opuściło kuchnię. – Przespałaś się trochę?
- Trochę tak. Jak znalazłam się w łóżku? Przeniosłeś mnie? – wzruszył ramionami. – Dziękuję. A Ty? Spałeś coś? – machnął tylko ręką. – Matteo, przecież czeka impreza…
- Dam radę, nie martw się. Chcesz jeszcze kanapkę? To Ci zrobię? – pokręciła głową. – No to pij kawę i do pokoju, tam czekają na Ciebie dziewczyny. No i proszę ładnie się przyszykować.
Nie chciała przyćmić urody przyjaciółki, jednak, kiedy dziewczyny zrobiły jej loczki i delikatnie umalowały, stojąc przed lustrem, stwierdziła, że po prostu podoba się sobie. Nie spodziewała się, że aż tak dobrze będzie wyglądała w sukience od Matteo. Tak, jak już wcześniej postanowiła, ubierze ją na ślub. Na poprawiny, które miały odbyć się, jako niespodzianka – miała swoją sukienkę, którą również zaprojektowała wtedy z siatkarzem.
Ale ta, od chłopaka, no nie mogła się napatrzeć. Wtedy już szkic ją powalił, ale kiedy dostała ją w dłonie, to dopiero było wzruszenie. Nie była za odważna, ale i też nie taka, co zakrywałaby dosłownie wszystko. Owszem, stonowany żółty kolor, niczym słońce, taktowny dekolt z pomarszczonego materiału i taki sam pas w talii. A od tego miejsca puszczony delikatny materiał w dół, sięgając aż do ziemi. Teraz, kiedy ubrała do tego jeszcze granatowe szpilki i założyła na ramię torebkę tego samego koloru – było naprawdę świetnie, sama musiała to przyznać.
- Wyglądasz jak milion dolarów.
- A raczej jak przedstawicielka DHL Modeny. – podpowiedziała Bianca, kiedy Anna chciała coś jeszcze dodać. – Bo mają takie barwy, wiesz to? – zapytała już ciszej pod ich spojrzeniem. – No, co? Interesuję się siatkówką?
- A czy Ty wiesz, że Thomas nie gra już w Modenie? – roześmiała się Anna, a Vitt zaplotła ręce na piersi i przysłuchiwała się im wymianie zdań. No, no któż by pomyślał, że obie tak interesują się siatkówką. – No, co? Luca mi powiedział.
- Vitt, czas się zbierać! Sara czeka!
- Już lecę! – odkrzyknęła Thomasowi, który przerwał jej chęć dłuższej rozmowy z dziewczynami i uśmiechając się, nacisnęła na klamkę. – A która to godzina? – zapytała, kiedy spotkała się z nim w przedpokoju.
- 10.45. – odpowiedział. - My się już też powoli ubieramy. Myślę, że wszystko jest w porządku? Nie miałem żadnego telefonu. – pokiwała głową. – Masz wszystko? Żeby nie było nerwówki.
- Mam, mam. Prezenty w samochodzie? – potwierdził. – Dobra, no to muszę się zbierać. Biorę dziewczyny i jadę do Sary. No i widzimy się przed kościołem. Jesteśmy pod telefonem. Niech już będzie wesele, bo…
- Vitto! – usłyszała cichy syk Luci. – Znikaj! Matteo nie może Cię takiej zobaczyć.
- Co? – mruknęła. – Czemu?
- Bo jesteś za piękna i jeszcze nam chłop padnie z wrażenia, czy coś. – roześmiał się, podchodząc do niej i okręcając wokół siebie. – No, no. Pięknie. Ale, ale znikaj! Bo on zaraz wyjdzie. Lubi chodzić w krawatach, ale za nic nie potrafi sobie z nimi radzić. Dziewczyny! – zwrócił się do koleżanek. – Jedźcie już. Przecież nie możecie się spóźnić!
Faktycznie, czas ich naglił. Pomachały chłopakom, szybko jeszcze przekazali sobie nawzajem ważne informacje i wyszły z mieszkania. Niech ta impreza się już rozpocznie.
- Ja, Sara, biorę Ciebie Alessandro za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
Te słowa kotłowały jej się w głowie od ich wspólnej przysięgi małżeńskiej. Owszem, brała udział w dalszej Mszy Świętej, jednak to nie mogło dać jej spokoju. Poranna rozmowa z Matteo pomogła tylko odrobinę. Właściwie teraz znów miała ochotę się rozpłakać, ale nie mogła. Kamerzysta i fotograf kręcili się wokoło i ona nie mogła dać po sobie niczego poznać. Musiała być silna i uśmiechać się jak najpiękniej, by przyjaciółka miała jak najlepszą pamiątkę. Dlatego kiedy tak stała, udawało jej się to. Dopiero na znaku pokoju, kiedy odwróciła się do ludzi zasiadających w ławkach, coś w niej pękło. Zwłaszcza, kiedy spojrzała na Matteo i kiwnęła mu delikatnie głową, a on odkiwnął jej z wielkim uśmiechem. „Nie płacz” wyczytała z ruchu jego warg i zgodziła się z nim bezgłośnie. A następnie na odległość wymieniała z wszystkimi uśmiechy i pokorne kiwnięcie głów podczas znaku pokoju.
Wytrzymała. Do czasu, kiedy znalazła się przy przyjaciółce. Wtedy łzy nie chciały przestać płynąć. Nie mogła pozwolić by rozpłakała się i Panna Młoda – to przecież przynosiło pecha. Dlatego uściskała ją szybko i przeprosiła, prosząc by Thomas zajął się prezentami. Wydostała się z tłumu gości i stając na uboczu, wpatrując się w leżący na kostkach brukowych ryż, pozwoliła sobie na grube łzy. I nie minęła chwila, a już poczuła jak ktoś bardzo mocno ją przytula. Nie musiała się odwracać, nie musiała pytać. Wtuliła się w chłopaka najmocniej jak tylko potrafiła.
- Hej, możliwe, że Ciebie też to czeka. – usłyszała, a ona pokręciła głową. – Jak nie? No, co Ty gadasz. Gdybyś tylko mnie przyjęła, oświadczyłbym Ci się nawet tutaj i teraz. – roześmiała się, nie biorąc jego słów na poważnie. – Wiesz, że jest szczęśliwa. Nie może odwrócić wzroku od swojego męża. Ale i też rozgląda się ukradkiem, gdzie skryła się jej przyjaciółka. Potrzebuje jej tam, żeby dzielić z nią swoje szczęście. Po jednej stronie mąż, po drugiej najlepsza przyjaciółka. Widać, że tego potrzebuje. Poza tym chyba musisz wspomóc Berettę, bo biedny już nie wyrabia. Mamy duże dłonie i możemy dużo udźwignąć, ale lepiej żebyś tam była. A jak on zacznie kichać od tych wszystkich bukietów kwiatów? Zlitujże się. – opowiadał, a ona z każdym jego słowem uśmiechała się coraz bardziej. W końcu oderwała się od niego. On wziął chusteczkę i delikatnie otarł oczy, by nie rozmazać jej makijażu. – Wdech, wydech. Kilka razy. – posłusznie wykonała. - Nie wyglądasz najgorzej. Uśmiechnij się. To naprawdę szczęśliwy dzień. Chyba nie chcesz, żeby i ona płakała podczas Twojego dnia? – pokręciła głową. – Tak w ogóle, to mamy dla Ciebie niespodziankę. Miała być ona później, ale czy chciałabyś…?
Nie trzeba było jej drugi raz pytać. Chętnie odrobinę się z nim oddaliła, a on za chwilę wskazał jej na dwie osoby stojące przy niewysokim murze. Biegiem przemierzyła drogę do dwóch chłopaków i jednemu z nich skoczyła prosto w ramiona. Głośny śmiech rozbrzmiał z tamtego miejsca.
- Przyjechałeś! – zawołała. – Dlaczego nie dałeś mi znaku? Przecież…
- Byłaś bardzo zajęta przez ten czas. Tak poza tym, zatrzymałem się u Giulia. – wskazał na osobę obok, kiedy już postawił ją na ziemię. – Mam nadzieję, że to w porządku, że…
- Na pewno się ucieszą. Znowu wszyscy jesteśmy razem. – cieszyła się, witając całusem w policzek również byłego narzeczonego.
- Zachowywałaś się jakoś przez ten czas? Jak dziś? Dużo łez? – wzruszyła ramionami. – Hm, Matteo mówi, że jest dobrze, oj kłamczuchy, przecież płakałaś. Dlaczego? – pokiwała tylko głową na znak, że nie chce o tym mówić. – Okej, porozmawiamy później. A teraz, świadkowa, chyba powinnaś być przy Sarze? – pokiwała głową. – No to, co tutaj robisz! Idziemy. Bądź dobrą świadkową, bo inaczej nikt nie pojawi się na Twoim ślubie. I mówię serio, będę ostrzegał każdego z osobna. – zapowiedział, a ona już uśmiechnięta biegła na szpilkach do tłumu gości.
- Cieszę się, że jesteś tutaj dziś ze mną. Dziękuję Bogu, że wszystko jest w porządku i stoisz tutaj ze mną. Kocham Cię moja najlepsza przyjaciółko. – wyszeptała do niej po powrocie, kiedy na chwilę zwróciła się w jej stronę. A ona ani raz się już nie rozpłakała. Po prostu była szczęśliwa.
Mimo, że już dawno było po obiedzie, wcale nie czuła, że impreza już tak dawno się rozpoczęła. Początek był dosyć nerwowy. Oczywiście ona siedziała obok przyjaciółki, a z jej strony było tylko jedno wolne miejsce, a kandydatów aż trzech. Rzeczywiście, Młoda Para ucieszyła się na widok Jakuba, który załatwił sobie wolny weekend, a także Giulio, z którymi wszyscy mieli poprawne stosunki, jednak nikt tak naprawdę nie spuszczał go z oczu. Dlatego też siedział między Jakubem a Matteo.
- Wiedziałaś, prawda? – usłyszała przy sobie głos Alessandra. – O Sarze, że jest w ciąży. – pokiwała głową. – Wiedziałem. Kiedyś, wcześniej, rozmawialiśmy i mówiła, że na pewno będzie spanikowana. A dziś była spokojna i szczęśliwa. Więc miałaś w tym swój udział. Powiedziała, że chce Cię na chrzestną, ale Ty na pewno o tym wiesz. – pokiwała ponownie głową. – Dziękuję, że jesteś. – zakończył i uściskał ją mocno, całując w czoło. – Baw się dziewczyno, bo należy Ci się jak nikomu innemu.
- Dobra, koniec tych czułości. Zapraszam na parkiet! – usłyszała Giulio i odwróciła się w jego stronę. – Ostatni taniec i zwijam manatki. Ewidentnie nikt mnie tutaj nie chce.
- Nie, no coś Ty. Po prostu to jest ich dzień. – wskazała na całującą się parę. – Ale chętnie z Tobą zatańczę. – odrzekła i pozwoliła poprowadzić się na parkiet.
- Ja wiem, że jest inaczej. Każdy ma mnie na oku i nie chcą, bym cokolwiek wywinął. To normalne. Na ich miejscu sam chciałbym, by wszystko było w porządku, zwłaszcza, jeśli chodzi o moją przyjaciółkę. Aż dziwi mnie, że mnie, jako tako zaakceptowali. Wtedy w Twoim mieszkaniu i teraz, na weselu. Są naprawdę taktowni. Są w porządku. Cieszę się, że masz takich przyjaciół. Z nimi przeszłość jest nieważna, a przyszłość przed Tobą. Szkoda tylko, że ja nie należę do tej ekipy.
- Giulio…
- Nie, ja wiem. Nie mam już wstępu do Twojego życia. Nie mam najmniejszych szans, żeby być w Twoim sercu. Trudno, może gdyby to wszystko potoczyło się inaczej… A może nie byliśmy sobie pisani, po prostu. Może swoją połówkę już znasz. Może to któryś z chłopaków? – zapytał, a ona wzruszyła ramionami. – Byłoby świetnie, bo są naprawdę super ludźmi. I wiesz? Życzę Ci powodzenia, ogólnie w życiu, z ludźmi, w spełnianiu swoich marzeń. I przepraszam, że to wszystko się tak pogmatwało, ale naprawdę… Chciałem dobrze. Gdybym mógł, cofnąłbym czas i może wszystko byłoby dobrze. A tak. Dopiero może być, kiedy zniknę, prawda? – nie zrozumiała, o co mu chodzi. – W każdym razie, telefon do mnie zawsze masz, wiesz? Jeśli miałabyś jakiś problem, wal. Nadal zostanę Twoim przyjacielem. Po tym wszystkim nie może być inaczej.
- Dziękuję. – odszepnęła mu tylko prosto do ucha.
- Fajnie, że dałaś mi tą szansę, by trochę z Tobą pobyć, po latach. Zmieniłaś się, ale na lepsze. Jesteś warta wszystkiego. Nie żałuję, że Cię wtedy kochałem. Ty mnie też, prawda? – kiwnęła głową. – No głupie pytanie zresztą, w końcu mieliśmy razem dziecko. Tak w ogóle to wiesz, że z chwilą, gdy Julia skończyłaby 3 latka, chciałem poprosić Cię o rękę? Chciałem, by była świadoma tego, co się dzieje. Chciałem by to ona przynosiła nam obrączki i sypała kwiaty. Chciałem, żeby powiedziała podczas toastu jakiś wierszyk. Chciałem, żeby zaśpiewała jakąś piosenkę, którą nauczyliby jej dziadkowie. Przepraszam, że to wszystko nie tak się ułożyło. Bo bylibyśmy już 3 lata po ślubie i może byłabyś w ciąży z kolejnym dzieckiem, a tak to nie masz niczego, co planowałem Ci dać.
Spojrzała na niego ze łzami w oczach. Więc to takie miał wobec niej plany. Chciał zostać jej mężem, chciał założyć z nią rodzinę. A przez ten wypadek, do tej pory nie miała nic. Owszem, dużo rozmawiali, kiedy urodziła się Julia, ale to były takie słowa jak „kiedyś staniemy się prawdziwą rodziną”, a jak czas pokazał – to nigdy się nie stało.
- Przepraszam, naprawdę Cię przepraszam. Zmarnowałem Ci życie. – pokręciła głową płacząc, ale nie wstydząc się swoich łez. – Mam nadzieję, że Twój przyszły mąż naprawdę da Ci wszystko, o czym tylko marzysz. Dziecko, rodzinę, dom, stabilność, wakacje, po prostu pozwoli Ci dobrze i godnie żyć. Będę się za to modlił.
Gdy wypowiedział ostatnie zdanie, nie mogła nic więcej zrobić, jak tylko przylgnąć do niego i tańczyć tzw. Przytulańca. Była zaskoczona, wzruszona, ale niezmiernie szczęśliwa. Ktoś mógłby pomyśleć, że jego słowa są rzucone na wiatr. To była nieprawda. Kiedy powiedział, że będzie się za to modlił, to była największa obietnica, jaką tylko mógł złożyć. I on naprawdę to powiedział.
Była 23, a zabawa trwała w najlepsze. Rzadko, kiedy siedziała i coś jadła, tańczyła dosłownie z każdym mężczyzną na tej Sali. Jak to Włosi, tak łatwo nie dali się zbyć i nie mogła im odmówić, mimo że była niesamowicie wykończona. Czuła, jakby to był spisek, by nie mogła usiąść na swoim miejscu, ponieważ przy stole wciąż znajdował się Piano i patrzył na nią z powagą. Nawet nie wiedziała, kiedy zaczął się tak zachowywać. Jeszcze nie dawno sam szalał na parkiecie, a teraz siedział i obserwował ludzi.
- Proszę Cię, chociaż Ty daj mi odpocząć. – sapnęła Jakubowi, który roześmiał się i kiedy rozpoczynała się następna piosenka, prowadził ją do stolika. – Nawet nie wiem ile już nie siedziałam.
- Od czasu, kiedy wyszedł Giulio. – odparł spokojnie środkowy, a ona uśmiechnęła się nalewając sobie soku. – Czyli jakieś trzy godziny temu.
- No, bo jesteście wariatami, wy męska część Italii. Wszyscy komplementują, nikt nie chce wypuścić z rąk. – śmiała się, ale on wciąż siedział bez uśmiechu. – A co? Nie mam racji?
- No nie wiem, najbardziej chyba Giulio wywarł na Tobie wrażenie, co? Od razu do niego przylgnęłaś. – wzruszył ramionami, popijając wino, a tamta aż wypuściła sztućce na talerz.
- Słucham? – mruknęła. – I coś Ci nie pasuje?
- Trochę tak. – przyznał. – Taka byłaś przez niego zraniona, a od dłuższego czasu nic tylko uśmiechy, buziak, jakieś przytulanko, tańce. No i tak się zastanawiam, gdzie on teraz jest?
- Wyszedł. Przyszedł się tylko pożegnać. – warknęła.
- No i po co? Wróci przecież jutro. Może z kolegami z mafii?
Nie wytrzymała. Wstała, odrzuciła chustkę, która chroniła ją przed poplamieniem swojej sukienki i nachylając się nad nim, po prostu zostawiła ślad dłoni na jego policzku. Uderzenie było tak głośne, że aż kapela przestała na chwilę grać. Wszyscy utkwili w nich swoje spojrzenia.
- Myślałam, że między nami już wszystko w porządku. A tymczasem czujesz chyba jakieś zagrożenie, wlewasz w siebie alkohol, który zaraz dostaje się do Twojej główki i bach. Jesteś idiotą Piano, naprawdę. To, że wiesz o wiele więcej niż właściwie powinieneś, nie upoważnia Cię do takiego czegoś. Nie wiem, dlaczego ja jeszcze się z Tobą zadaję. Ale to, co teraz Ci mówię i tak pewnie tego nie będziesz pamiętał. Najpierw wytrzeźwiej. – wyrzuciła z siebie z taką prędkością, że trudności ze zrozumieniem tych słów mieli także w miarę trzeźwi goście.
- No stary, to Ci powiedziała. – usłyszała już za sobą tylko Vetto i nie zwracając uwagi na gości pobiegła przed siebie.
- No to, co? Bawimy się. – szepnęła nagle do Sary, a tamta zaskoczona spojrzała nad siebie. – Już północ.
- Gdzie byłaś przez godzinę? Martwiłam się. – wzruszyła ramionami, uśmiechając się przepraszająco. – Piłaś. Gdzie byłaś?
- Przygotowywałam wszystko. – ogarnęła dłonią całą salę. - Tak, z alkoholem. Musiałam smakować prezenty, no, ale już-już. Wstajemy!
Wiedziała, jakim zostanie obdarzona spojrzeniem. Mimo że dobrze się czuła, nikt nie chciał by cokolwiek procentowego wypiła. Siedziała obok Sary i obie raczyły się sokami czy wodami. Ale przecież nikt nie pilnował jej w kuchni i to w dodatku z kelnerami.
- Będę miał jeszcze na później. – usłyszała dobrze znany rechot, ale nie starała się na niego nie reagować, zwłaszcza, gdy uśmiechała się do kolejnych gości i z każdym z nich rozmawiała chwilę. To ona wraz z niezadowolonym jej stanem Thomasem rozdawali na pamiątkę prezenty gościom – bardzo dobre, wiekowe i wytrawne wino, które załatwił siatkarz. Goście naprawdę cieszyli się z tego prezentu i ściskali świadków oraz Młodą Parę. Po tej uroczystości dalsza zabawa trwała w najlepsze.
- Gdzie Piano?! No, co Ty! – następnego dnia obiad był zaplanowany na południe i to wtedy usłyszała na powitanie okrzyk Jakuba. Vettori wzruszył ramionami i zaraz zwrócił głowę w stronę swojej partnerki, Anny.
- Cześć wszystkim. Co Piano? – zapytała od niechcenia witając się z wszystkimi buziakiem. – Wyspani?
- On to na pewno nie. – zarechotał Beretta. – Śpiewał do samego rana, a raczej wył i słyszałem, że tylko trzaskał butelkami. Nie wiem, co on tam nabrał, ale szybko się ta impreza nie skończyła. Jednoosobowa raczej, chociaż z nim nigdy nic nie wiadomo.
- Thomas! – syknęła siedząca obok niego Bianca. – Skończ.
- A, masz rację. Właśnie nadchodzi. Chyba nie zdążył się przebrać. Dobrze, że chociaż założył na nos okulary, pijus jeden. – komentował dalej, ale tym razem i Sara chrząknęła znacząco.
- Cześć ludzie. – odezwał się niezbyt głośno jak na niego. – Nie spóźniłem się, mam nadzieję? – pokręcili głowami, że nie. – To dobrze. Sara, pięknie wyglądasz dziewczyno! Anna i Bianca, wy też kochane. Dobrze spaliście? – zapytał i zaczęły się rozmowy. O niej nie powiedział kompletnie nic. Dopiero, kiedy poprosiła o jakiś składnik, leżący w oddali, wstała i pochyliła się na stołem by otrzymać talerz.
- Vittorio – odezwał się siatkarz, zaczynając oficjalnie. – Zdecydowanie lepiej było Ci w mojej żółtej sukience.
- A to ciekawe. – mruknęła.
- Szkoda, że dziś jest nowy dzień. Wolałbym byś wciąż była tak ubrana. Chociaż i ta suknia jest piękna. – uśmiechnął się delikatnie.
- Za dużo to byś nie chciał? – prychnęła. - Dzisiaj lepiej spójrz sam na siebie. Niestety, ale czasem nie można mieć wszystkiego, prawda? – odpowiedziała i uśmiechając się do przyjaciół usiadła wraz z talerzem i nałożyła sobie makaronu.
***
No i wyszło 13. Uff, a bałam się, że przekroczę 20 ;) Piosenka przewodnia: Megan Davies – Heart of glass. Nie wiem czy w ogóle słuchacie tych piosenek, ale uwierzcie, czasem nieźle wpasowują się w opis (w końcu pisane przy nich!) ;) Szczerze mówiąc nie wiem, co naszło mnie na te tytuły, jednak końcówka jest – przynajmniej według mnie – trochę inna niż reszta opowiadania. Czy Wy też to może widzicie?
No i został mi ostatni rozdział. Nie wydaje mi się, żeby był tak długi jak ta 22 czy 21, ale co wiem na pewno – będziecie chciały mnie za niego pobić, a może nawet zabić. Chyba nie powinnam tego pisać, ale… przygotujcie się! Odejdę z hukiem! ;) (Albo tylko mi się tak wydaje hihi :D )
Pozdrawiam serdecznie i oczekuję na Wasze opinie! Buziaki dziewczyny :*
Ps. Kibicujecie w Rio również Italii? Każda pomoc naszej dwójce się przyda! :D
Ps2. 12 sierpień to rocznica tego bloga, dlatego też dodaję rozdział już teraz. Wszystkiego najlepszego dla mnie, no i dla Was. W końcu jesteście tutaj już tyle czasu! Dziękuję Wam! :*
Ps3. Bo mi się ciągle coś przypomina! 21.08 rozdział ostatni, a w ostatnim tygodniu sierpnia (29-31) epilog i już się tutaj pożegnamy! ;)
Ps3. Bo mi się ciągle coś przypomina! 21.08 rozdział ostatni, a w ostatnim tygodniu sierpnia (29-31) epilog i już się tutaj pożegnamy! ;)
Dobra, oto jestem. Długość tego rozdziału mnie przeraziła, nie mogłam zabrać się za czytanie, chociaż wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. I, ojacie, jak ja Ci zazdroszczę. Nie potrafię pisać tak długich rozdziałów :c
OdpowiedzUsuńAle nie będę przedłużać (znając mnie - będę xd) i przejdę do treści. Ten rozdział zostanie chyba jednym z moich ulubionych! <3 No, drugim ulubionym. Wszystko mi się tutaj podobało, chociaż się tego nie spodziewałam. Vitt tak bardzo się przejęła weselem i ślubem Alessandro i Sary, tak bardzo martwiła się o to, że coś pójdzie nie tak, że sama zaczęłam w to wierzyć. Serio, myślałam, że w pewnym momencie pojawi się mafia i ich wszystkich pozabija czy coś takiego Oo Ale na szczęście obyło się bez katastrofy... Prawie ;_;
Jak kocham Matteo, tak pod koniec rozdziału zaczął mnie irytować. Nie myślałam, że będzie zazdrosny. Może faktycznie powinnam to przewidzieć, ale nie, jednak nie, to nie Teo. Ta zazdrość mi do niego nie pasuje (chociaż jak się nad tym zastanowię to jednak pasuje, więc nie wiem, dlaczego jestem zdziwiona).
Pisałam gdzieś powyżej, że to mój drugi ulubiony rozdział. Pierwszy ulubiony to ten, w którym Teo i Vitt projektowali sukienkę :3 Tym bardziej mnie ucieszyło, że to właśnie ją ubrała tego wyjątkowego dnia. Moje serduszko się raduje, chociaż chyba nie powinno.
Napisałaś o zaskoczeniu następnym rozdziałem, o tym, że Cię zabijemy i, jejku, obawiam się, że może to nie będzie taki happy end, jakiego pragnę. Nie będzie Teo i Vitt, nie będzie szczęśliwej rodzinki :c Może po wyznaniu Giulio, Vitt wybierze jego i z nim będzie chciała żyć długo i szczęśliwie. Jeśli tak będzie, serio Cię zabiję XD Lepiej od razu skasuj rozdział i zacznij pisać alternatywny ze szczęśliwym Teo I: No dobra, trochę mnie nastraszyłaś... Ale zupełnie serio, nie zmieniaj swoich wizji, bo tak Ci kazałam linijkę wyżej. Tylko żartowałam ;p
O, też masz rocznicę. Fajnie! Gratuluję, że wytrzymałaś rok z tak tępą komentatorką jak ja i dostarczyłaś nam tylu emocji. Obyśmy w przyszłości mogły świętować kolejne rocznice xD (lol, napisałaś ponad dwa razy więcej rozdziałów niż ja w tym samym czasie, a nawet kilka dni krótszym. Jestem beznadziejna D:).
Kibicuję Włochom, oczywiście! Cieszy mnie ogromnie ich zwycięstwo z Francuzami, za którymi, prawdę powiedziawszy, średnio przepadam. Oby tak dalej, aż po srebro :D
21.08... okay, będę! Wyczekuję już tej daty :D
Aż strach się bać tego, co dla nas przygotowałaś.
Całusy :*
Z poślizgiem, ale w końcu jestem :) Prawdę mówiąc z tego co pamiętam to rozdział przeczytałam parę minut po tym jak go dodałaś, akurat trafiłam na ten moment (informacja kompletnie bezużyteczna, ale postanowiłam się nią podzielić :D)
OdpowiedzUsuńFaktycznie, zakończenie tego rozdziału różni się od innych - moim zdaniem tym, że jakiejś tam ciągłej treści nie przerywasz płynnie, bo tu właściwie przerwałaś w momencie... hm, no właśnie jakby urwała się taśma filmowa :D Pewnie nie zwróciłabym na to uwagi, gdybyś o tym nie wspomniała. Nie zmienia to mojego odbioru tego rozdziału, bo dużo się działo :)
Sukienka Vitt projektu Matteo <3
W ogóle całe to wesele chyba zasługiwało na osobny rozdział - zwłaszcza, że działo się na nim więcej, niż na standardowych. Ten monolog Giulio niemal zwalił mnie z nóg - kiedy był dużo wcześniej tylko wspominany bardziej dopasowywałabym go do obrazu jakiegoś cwaniaczka, lovelasa i trochę niebezpiecznego (ale przez to intrygującego typa). Może miały na to wpływ wzmianki o wyścigach, mam w głowie takiego Giulio w skórze i podartych jeansach, taki młody Johnny Depp xD
Mniejsza o to - wszystko to, co powiedział Vittorii zupełnie zmieniło mi jego obraz. Polubiłam go i tyle.
Matteo nie musiał się od razu tak rzucać. Rozumiem zazdrość, ale on nie zachowywał się fajnie. Zapowiadała się taka fajna impreza, miałam nawet nadzieję, że między Vitt a Piano coś się w końcu wydarzy, a tu proszę - kochany, spieprzyłeś to po całości.
Z drugiej strony wydaje mi się, ze Vitt zareagowała za ostro, trochę histerycznie. Wkurzył ją, powiedział parę słów za dużo, ale żeby odstawiać taką scenę? Na weselu przyjaciółki? No nie wiem, trudno mi to ocenić.
Luca rzucił mi się w oczy przerywając dyskusję pytaniem o jedzenie. Ten to tylko o tym :'D
Nowe dzieci w opowiadaniach zawsze są fajne, więc także i ja cieszę się na córeczkę Sary i Alessandro :)
Jak to - będziemy chciały zabić? Co to znaczy? :O
Czyżby Vitt zginęła w jakiś głupi sposób, kiedy w końcu okazało się, że wyzdrowiała? Albo kiedy będzie siedziała w kuchni wpadnie mafia i ją zabiją?
Czyżby Matteo miał zrobić tak idiotyczną rzecz, że Vittoria nie będzie chciała go znać? Wystraszyłaś mnie teraz. Bo tak - właściwie wszystko co złe prawie się rozpłynęło (jest mała kłótnia z Piano, ale to nic), koniec już bliski, a dodatkowo Ty nas jeszcze straszysz?! Jak ja mam spokojnie czekać jeszcze ponad tydzień? :D
Co do mojego kibicowania - poszczególnych zawodników włoskiej drużyny lubię (bo umówmy się, kilku kluczowych graczy nie jest zbyt włoskimi Włochami :D). Na igrzyskach grają fajnie, ale, poza kibicowaniem naszym, trzymam kciuki za Amerykanów ;)
Czekam z niecierpliwością na ostatni rozdział. Buziaki!
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń
UsuńPrzybywam i ja (ale wybacz ja takigo długaśnego komentarzu, jak moje poprzedniczki z pewnością nie napisze :O) Nadrobiłam wszystko jednego dnia. Oczy łzawią, ale powiem jedno...było warto!
Bardzo podoba mi się twoj styl pisania, przez co czyta się szybko i gładko. Podsumuje szybciutko bo oczy płaczą naprawdę (zrobiłam to dla Ciebie byś jak najszybciej doczekała się ode mnie na koma xd)
Czekam na wiecej i życze ogrooomnej weny.
Do napisania ;*
A co do kibicowania. To jeśli mam byc szczera trzymam kciuki za Włochów, ale jednak moje serce od trzech lat skradnięte jest przez Francuską ekipę. Wiec szczerze trzymam kciuki za Włochów, Francuzów (i najbardziej) za nasze Polskie orzełki.
Wiec jeszcze raz dziękuje dobranoc, Julia idzie spać i wyleczyć oczka xD :^
Jestem i ja!
OdpowiedzUsuńVittoria była tak przejęta weselem przyjaciółki i tym, że spodziewają się dziecka, bo miała świadomość że Sarze spełniają się jej własne marzenia... I niby to łatwo powiedzieć, cieszyć się czyimś szczęściem, ale pewnie trudniej wykonać, kiedy samemu się to straciło.
A mnie się Giulio nie podoba, w przeciwieństwie do tego co piszą poprzedniczki. Wygląda to tak, jakby powiedział to wszystko żeby zasiać zamęt. Po co akurat w takim momencie? Tak nagle zebrało mu się na wyznania? Śmierdzi mi to. Może i nie miał złych intencji i rzeczywiście planował z dziewczyną przyszłość, ale mógł wybrać sobie lepszy moment, kiedy będą sam na sam, a nie nagle wywracać Vittorii świat do góry nogami...
A Matteo się wcale nie dziwię. Stara się chronić dziewczynę, troszczy się o nią, a nie wiedząc wszystkiego dokładnie, odbiera to tak jakby Vittoria była lekkomyślna i sama nie wiedziała czego chce. Inna sprawa że za szybko się denerwuje, ale w końcu to Włoch, to wiele tłumaczy ;)
Czy kibicujemy również Italii? ja kibicuję przede wszystkim Italii, od początku miałam nadzieję że wygrają i wierzę w nich cały czas :D Mają świetną ekipę, jak nie teraz to kiedy?!