Mimo że już minęło trochę czasu od tamtej rozmowy, ona wciąż dziwnie się zachowywała. Taka przynajmniej krążyła opinia wśród jej przyjaciół. Rzeczywiście, wstawała wcześnie rano, jak zwykle szykowała wszystkim kawę i sama wybywała z domu na długie godziny. Nikomu nie mówiła gdzie, nie tłumaczyła się, o której wróci, ani nie opowiadała o swoim dniu. Mimo, że próbowali to od niej wyciągnąć, ona nie była skora do zwierzeń. Jednak wiedzieli, że nic złego się nie dzieje. Chodziła uśmiechnięta, choć zamyślona, ciągle coś gubiła, wszystko leciało jej z rąk.
- Czy Ty czasem się nie zakochałaś? – zapytała pewnego wieczoru Sara, kiedy w czwórkę wraz z Jakubem, spożywali kolację.
Dziewczyna spojrzała na nią z zaskoczeniem i szybko przeżuła to, co miała w ustach. Odłożyła grzecznie sztućce i rozejrzała się po ich stoliku. Jakub wbił w nią poważne spojrzenie, Alessandro z niepokojem zerknął na Sarę. Ewidentnie bali się wprost poruszyć pewien temat.
- Nie, o ile mi samej wiadomo, nie zakochałam się w nikim. – roześmiała się, zdziwiona pytaniem Sary.
- A może masz do nas żal? Wiesz, po ostatnich wydarzeniach… - nie powiedziała wprost, że po dowiedzeniu się przez nią prawdy – To znaczy, masz prawo, jasne, ale…
- To jeszcze nie czas na takie rozmowy. – odparła spokojnie Vitt. – Przepraszam Was, ale zjem i pójdę się położyć, ponieważ jutro mam coś ważnego do załatwienia.
- Powiesz nam w końcu, co się dzieje i dlaczego tak znikasz?
- Wszystko w swoim czasie. – odrzekła, nakładając sobie dokładkę na talerz.
- Vitt…
- Tak?
- Strasznie nam Ciebie brakuje. – wyszeptała Sara ze łzami w oczach, a ona w odpowiedzi tylko delikatnie uśmiechnęła się na jej słowa i wbiła wzrok w talerz z kolacją.
„Proszę Was, załatwcie sobie na jutro wolne. A przynajmniej na jutrzejszy wieczór. Myślę, że teraz już mogę dać Wam znak. Więcej informacji prześlę w SMS, ponieważ nie wrócę na noc. Jesteśmy w kontakcie. Vitt”
Tak, to była dobra wiadomość. Nie zdradzała w niej niczego niepokojącego ani też nie ukazywała żadnych uczuć, które ją przepełniały. Właściwie to od wczoraj, nawet nie wcześniej. Ponieważ to pytanie, czy w kimś się zakochała, chyba przeważyło szalę. Co to była za dziwna zagrywka. Od czasu, gdy dowiedziała się prawdy, może nie była za rozmowna, jednak kolacja to kolacja i jak zwykle była wspólna, w końcu wciąż byli jej przyjaciółmi.
W porządku, może nie zachowali się wobec niej fair, bo jednak wszyscy po kolei ustawiali jej życie, a ona w tym wszystkim była zwykłą, nic nie ważną marionetką jednak to przecież w pewnym sensie była ich pomoc. Nie chcieli jej zostawiać i ze względu na wszystkie okoliczności tak zagmatwali swoje i jej życie, że teraz nawet nie wiedziała czy ma prawo być na nich zła. Chcieli dobrze, wiedziała to. Chcieli ją chronić, mieli zamiar pomóc powrócić jej do zdrowia, chcieli dać jej odpoczynek, chcieli by miała poczucie, że jest bezpieczna, że może żyć spokojnie i w miarę radośnie. Ale mimo wszystko to powinno być jej własne życie. Z błędami, ze łzami, z żalem, z żałobą i wszystkimi innymi negatywnymi uczuciami, a także z tymi pozytywnymi. Dlaczego więc nie miała czuć się źle? Dlaczego, według nich, miało być dla niej wszystko w porządku? Czy to nie było udawane, grane? To nie są żadne Simsy, do cholery. To było życie, jej życie i w tym momencie musiała zrobić wszystko, by do niego wrócić. By nikt jej nie kierował, by mogła przeżyć dosłownie wszystko. Już tak mało czasu zostało, a ona wciąż nie ma prawa wyboru? Właśnie, że nie. Może wybrać wszystko. Nikt niczego nie może jej narzucić. Naprawdę nie chce żyć w niewoli, bo właśnie w takiej się znajduje. W fikcji, w wyreżyserowanej rzeczywistości. Od dziś, koniec z tym. Będzie miała wybór.
Italia. Jakie to jest piękne słowo. Zupełnie inne niż w jej drugim, ojczystym języku – Włochy. Włochy, czyli właściwie, co? A Italia, tak majestatycznie. Wypowiedziana z takim pięknem, tak miękko, z uczuciem. Łatwiej można było śpiewać, krzyczeć. To nie to, co Polska. Kraj, który pozwolił jej – mimo wszystko – doskonale poznać swojego najlepszego przyjaciela. Tam wracała do zdrowia, jednak to tutaj była w domu. Tu, mimo że, wszystko było takie trudne, to i tak najlepsze. Może i nie udało jej się wyleczyć, jednak doskonale pamiętała słowa Jakuba, kiedy wysyłał ją do Włoch: „Za dużo o nich mówisz, bym nie wiedział, że nie mają dla Ciebie znaczenia”.
Tak, mówiła o nich zawsze i wszędzie. Uczyła go tego wszystkiego, czego nie przekazywała mu w ciągu ich wakacji w Polsce. Ale nie tylko, bo Jakub codziennie wypominał jej, że w nocy także o nich myśli. Nie było, więc dalszego zastanawiania się. Został rok i ten rok miała przeżyć w Italii, w domu. Sprawę ułatwiała na pewno obecność Sary, z którą wciąż miała kontakt. I tak oto, pojawiła się tutaj. A reszta… Po prostu się zdarzyła. Nie mogła uwierzyć, że to było wyreżyserowane. Może nie początek, bo przecież spotkała się z Thomasem przypadkiem. Jednak czy na pewno? Teraz do niczego nie mogła być przekonana.
Ale to dobrze. Dobrze się stało. Dziś, dokładnie dziś, miała szansę zacząć na nowo. W nowym miejscu, jednak w znanym otoczeniu. To miały być piękne chwile. Zasłużyła na to, na pewno. Po wszystkim, już naprawdę było po wszystkim. A kiedy naprawdę nadejdzie ten koniec, wtedy to miejsce na pewno będzie dla kogoś ważne. Tak jak ona. Zostawi coś po sobie. Zatoczy koło.
Bosymi stopami, z zaszklonymi oczami, powoli i spokojnie jak gdyby kontemplując każdy krok, przeszła po deskach. Nie mogła zrobić tego inaczej. Nawet nie chciała głębiej odetchnąć, ponieważ miała wrażenie, że to sen i jeżeli tylko nabierze powietrza, to wszystko zniknie. Obudzi się w mieszkaniu przyjaciół i będzie żałować, że nie mogła rozejrzeć się po tym miejscu dokładniej. Dopiero, kiedy znalazła się przy metalowej poręczy, odważyła się spojrzeć przed siebie i odetchnęła najgłębiej jak tylko potrafiła. Z dołu, ktoś, kto widzi ją pierwszy raz, mógłby pomyśleć, że jest aniołem. Bosa, w długiej białej sukience, z rozpuszczonymi ciemnymi włosami i z rozpostartymi rękami, chcącymi objąć to miejsce. Miejsce, miasto, państwo, nawet świat. A tak naprawdę, ona obejmowała Italię. Mediolan. Jej miejsce, ponieważ zaraz naprzeciwko to wszystko się zaczęło. Tam się narodziła. Tam trochę pomieszkiwała. Tam żyła z rodzicami. Stamtąd się wywodziła i to dzięki tamtemu miejscu poznała Giulio i Sarę. Dokładnie z tego miejsca patrzyła w jeden punkt. Co gdyby nie to wszystko? Co gdyby nie to, że tato był wplątany w takie, a nie inne sytuacje? Czy nadal by tam mieszkała? Czy byłaby szczęśliwa? Czy wszystko ułożyłoby się inaczej? Czy… nie byłoby Julii, która w tym momencie brała ją za rękę?
Spojrzała na nią przez łzy. Uśmiechnięta dziewczynka patrzyła na nią z ufnością. Kiwała głową i wciąż trzymając się jej dłoni, okręcała się wokół własnej osi. Falowała jej sukienka, dokładnie ta sama, w której została pochowana. A dokładnie dziś była tego rocznica. Ale ona jakby nie zdawała sobie z tego sprawy, w końcu jak to dziecko. Ona była szczęśliwa. Nie krzyczała, nie płakała. Uśmiechała się tylko. I w pewnym momencie zatrzymała się i wyciągając malutką rączkę, wskazała na coś palcem. I to było to miejsce. Jej dom. Nagle kobieta usłyszała głośny śmiech. W oknie mignęła jej dziewczynka, która z ciekawością wyjrzała na okolicę. Oglądając wszystko, od ulicy na dole po chmury na niebie, spostrzegła, że ktoś jej się przygląda. Ufnie wyciągnęła rączkę w jej kierunku i pomachała przyjacielsko. Vittoria nie odważyła się tego zrobić, jednak dziewczynka wcale nie zraziła się jej obojętnością, a tylko uśmiechnęła i odeszła od okna.
Vittoria z płynącymi łzami spojrzała na miejsce, gdzie była jej córeczka. Jednak Julii także już nie było. Jej malutka Juleczka. Rozejrzała się po pomieszczeniu – nic. Przeszła przez kolejne – również jej nie było. A kiedy wróciła na balkon, tam znajdował się malutki samolot, który miał coś napisane na skrzydle. Ostrożnie i z uwagą obejrzała kartkę. „Cześć. Fajnie, że tu mieszkasz! Jestem Twoją sąsiadką, wiesz?” Właśnie to było napisane. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie podpis. „Julia, lat 6.” Szybko podniosła głowę. W oknie tym razem pojawiła się już z kimś dorosłym. Obie jej machały i wskazywała na samolocik. Pokiwała głową. Tak, to od nich. Od mamy i córki, które mieszkały w jej dawnym domu.
Szybko skryła się do środka, opierając się o ścianę. W dłoni wciąż trzymała samolocik i dopiero teraz rozpłakała się na dobre. Nie mogła się uspokoić. Łzy zalewały jej ubranie a także kartkę, która teraz przytknięta była do jej serca. Liścik byłby suchy, gdyby nie jedno miejsce, gdzie kapały słone krople z jej oczu. Podpisu „Julia, lat 6” już prawie nie było, a ona wciąż nie mogła powstrzymać płaczu. Z braku sił osunęła się po ścianie i teraz już siedziała zawodząc na całe mieszkanie. Jej córka, jej córeczka. Julia. Juleczka. Akurat, kiedy dziś… Dziś wypadała szósta rocznica jej śmierci. Za oknem słychać było gromkie „Sto lat” odśpiewane przez sześć osób. Słyszała to wyraźnie. Była mama, tata oraz czworo dziadków. Do śpiewu dołączyła się także mała. Sąsiadka miała dziś urodziny. Szóste, co było doskonale słychać. Nie potrafiła się uspokoić, mimo że wiedziała, że jej Julia od teraz mieszka naprzeciwko. I że była najszczęśliwsza na całym świecie.
Nie wierzyła, że to już. Że w tym momencie mogła wykreślić kolejny punkt z listy swoich marzeń. Nie wiedziała, że to wszystko właśnie tak się potoczy. Nie, że źle. Nawet nie – wcale nie żałowała, że miała widok na swój stary dom. Owszem, w innym wypadku do końca życia przypisywałaby sobie obecność do rodziny znad przeciwka. Ale nie w tym, gdy cały czas gdzieś biegała, coś robiła, po prostu żyła.
Teraz też, wszystko w biegu. Za chwilę powinno się zacząć. Rozejrzała się dookoła. Najważniejsze znajdowało się na samym środku salonu. A właściwie w miejscu, gdzie powinien znajdować się salon. Sama nie wiedziała gdzie, co będzie. Jeszcze tego nie ustaliła. Dopiero, co przecież dostała klucze do tego miejsca. Wywalczonego miejsca. I jak najszybciej chciała podzielić się nim z wszystkimi.
Usłyszała pukanie do drzwi. Tak, wiedziała, kto to będzie. Poza tym, kobiety zazwyczaj mają to przeczucie. Skończyła wpatrywać się w suto zastawiony stół i spokojnym krokiem podeszła do drzwi. Westchnęła głęboko i przekręciła zamek. Pierwszy gość. Pierwszy, który zaraz przytulił się do niej mocno. A ona zaskoczona stała i nie potrafiła w żaden sposób zareagować. Od lat nikt jej tak nie przytulił, ale przecież nikt nie był nim.
- Dziękuję, że dałaś znać. Dziękuję, że o mnie pomyślałaś. Przepraszam za to, tylko… Bo dziś właśnie mija sześć lat, prawda? – zapytał, ale nie usłyszał odpowiedzi. – Cały dzisiejszy dzień jest jakiś taki… A jeszcze jak napisałaś. Nie mogłem nie przyjść wcześniej. Mam nadzieję, że Ci nie przeszkodziłem.
- Nie, nie. Wszystko już gotowe. Także zapraszam. – odpowiedziała dziwnie formalnie.
- Przyjaciele wiedzą i nie będą źli czy…?
- Nic nie wiedzą. Ale to jest moja sprawa, z kim chcę świętować nowe mieszkanie.
- I to w jakiej okolicy. – podpowiedział i uśmiechnął się, a ona mu wtórowała. – Nie wiedziałaś?
- Wiedziałam doskonale. – wytłumaczyła krótko. – Długo walczyłam o to miejsce. Ale w końcu wróciłam do domu.
- Cieszę się, że jesteś… zadowolona? – pokiwała głową. – Mimo, że te sześć lat… Nie tak je sobie wyobrażaliśmy, prawda?
- Prawda. To zawsze miała być szczęśliwa rodzina, jedno wspaniałe mieszkanie, drugi domek na wakacje, trzecie miejsce u jednych dziadków, czwarte u drugich dziadków. Wspaniała praca, kolejne dziecko, żeby Julii nie było smutno samej. Nasza czwórka miała podbić cały świat.
- I w przeszłości, wcale nie pogniewałbym się gdyby nasz dom był właśnie taki, jak to mieszkanie. – podsumował on akurat na czas, ponieważ zabrzmiał kolejny dzwonek wskazując na następnych gości.
Wszyscy już byli, naprawdę wszyscy. To zdumiewające, ale kompletnie się tego nie spodziewała. Wiadomo, jakie jest życie. Każdy z nich ma swoje zajęcia, czasem po prostu też nie ma się siły czy ochoty by wyjść z domu. A jednak, nie zawiedli jej. Mogła opierać się o framugę w taki sposób, że oni jej nie widzieli, ale ona ich doskonale. Wiedziała, że jest niezręcznie przy tym stole. Spotkały się osoby, które za sobą nie przepadają, ale także te, które nikogo tutaj nie znają.
I tak oto jeden kraniec stołu należał do niej. Po jej prawicy siedział Jakub, obok Sara, dalej Alessandro. Naprzeciw polskiego przyjaciela zasiadał Giulio, obok jego kuzyn Thomas. Luca, mało w to wszystko wtajemniczony, siedział rozdzielając jego i Matteo. On z kolei naprzeciw widok miał na szefową, która nie czuła się w tym towarzystwie obca, ponieważ młodziutka Bianca, kelnerka w jej ulubionej kawiarni, również nie znała się z nimi wszystkimi za bardzo.
I może to śmiesznie wyglądało, ale naprzeciw jej miejsca zasiadał miś. Misia tego w prezencie na nowe mieszkanie dostała od Luci, czego kompletnie się nie spodziewała. Wielka przytulanka oczywiście od razu podbiła jej serce, za co mocno go wyściskała i od tego czasu Julka znajdowała się na widoku. No, ale przecież nie tylko brakowało dziś tutaj Julii. Również jej rodziców, których brakowało jej od lat sześciu. Ale oprócz tej trójki miała dziś tutaj każdego.
Najwspanialszą kawę, najwspanialszą szefową, najwspanialszego lekarza, najwspanialszą parę, najwspanialszego byłego chłopaka, najwspanialszego włoskiego przyjaciela, najwspanialszego cichego oraz najwspanialszego kogoś jej bliskiego.
Oczywiście, co wiązało się z ich przyjściem to prezenty. Od każdego z nich dostała coś wspaniałego i niepowtarzalnego. Kompletnie się tego nie spodziewała, ale była im ogromnie wdzięczna za wszystko. Naprawdę miło było wszystko odpakowywać i szczerze cieszyć się z każdego drobiazgu. Chociaż właściwie takie prezenty nie mogły być drobiazgami. I tak właśnie od Luci dostała wielkiego miśka, który w razie draki po prostu był do przytulenia. Od Bianki ekspres do kawy, jednak z ostrzeżeniem, że ona będzie czekała na nią jak zwykle w kawiarence. Od szefowej cudowną wielofunkcyjną drukarkę, żeby nie męczyła się już ciągle przy tym komputerze, bo z wydruku nawet lepiej się robi. Od Giulio ulubiony kwiat z przeszłości i gofrownicę, bo miał nadzieję, że nadal uwielbia gofry. Od Thomasa wykupione lekcje surfingu i tłumaczenie się, że naprawdę nie wiedział, że to jej marzenie. Od Matteo prostownicę z lokówką i do tego najlepszą suszarkę, bo stwierdził, że kobiety to lubią. Od Jakuba komplet kubków z przeróżnych stron świata z zapowiedzią, że jej koniecznie musi być ten z Italią. Od przyjaciół całą zastawę stołową, a było tego naprawdę sporo, bo stwierdzili, że od teraz na kolację wpadają do niej, no i nie ważne, że to Milano.
- Chodź do nas. – usłyszała głos Giulio, który znalazł ją zaraz przy drzwiach. – Wszyscy na Ciebie czekamy. – pokiwała głową i do pomieszczenia weszła ze swoich byłym narzeczonym. Widać było jak Sara i Alessandro, ale również Matteo nie byli szczęśliwi z tego powodu. Właściwie oni przyjęli to najgorzej, a przecież po prostu weszła z nim do salonu.
- Nie patrz tak na nią. Nie jest Twoją własnością. – wyszeptał Luca, jednak ona wszystko usłyszała. Nie dała tego po sobie poznać, ale Luca to wyczuł. Zerknął szybko na nią i mrugnął oczami. Właściwie teraz odeszła jej odwaga, jednak, jako pani domu, musiała to zrobić. Wdech, wydech.
- No to tak. – zaczęła, wstając dla przyzwoitości. - Cieszę się, że jesteście tutaj wszyscy razem ze mną. Mam nadzieję, że okolica się podoba. Tutaj mieszkałam, kiedy byłam młodsza, a właściwie w domu naprzeciwko. – opowiadała, kierując się do siatkarzy. - Tam teraz jest taka rodzina, z 6 letnią Julią. I no czuję się jak w domu, właśnie. – spojrzała w oczy Giulio. - No i właśnie, dlatego chciałam, żebyście znaleźli dla mnie chwilę czasu. Chciałam to świętować, ponieważ to było moje marzenie. Mam ich jeszcze kilka, jednak no nie wiem czy zdążę to wszystko wypełnić. Jestem chora. Mam coraz mniej czasu. – spojrzała na szefową oraz Biancę. - A to mieszkanie… Wygrałam. Grałam w SuperEnalotto, taki polski Totolotek – tu zwróciła się do Jakuba. – I wygrałam. Stwierdziłam, że dobrze zrobię. W razie czego to mieszkanie chciałabym zostawić właśnie Tobie, Jakub. Italia na pewno odwdzięczy Ci się na każdy trud w moim leczeniu. A tak poza tym, to naprawdę dziękuję Wam za to, że tutaj jesteście. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy. – wypowiedziała ostatnie zdanie wzruszona i zasiadła na swoim miejscu.
- A czy ja mógłbym? – zapytał Vittorię Jakub, a ona pokiwała głową, ten również wstał. – No dobrze. To ja również chciałbym coś powiedzieć. Przepraszam, że po angielsku, ale we włoskim nie czuję się najlepiej, a po polsku rozumiemy tylko my dwoje. – popatrzył po każdym z nich. - A nie chciałbym nic ukrywać. Dlatego też, powiem po angielsku. Co do Twojej choroby Wiki – zwrócił się do dziewczyny – No jakby to powiedzieć… Już jest dobrze. Już jesteś zdrowa. I naprawdę, nie kłamię. Już ostatnio wspominałem Ci, że może możesz żyć normalnie. I teraz jestem pewien, że tak. Że to mieszkanie będzie Ci służyć, że możesz spróbować założyć rodzinę, że masz czas… No dosłownie na wszystko. Na życie. Nie masz żadnych ograniczeń, nie musisz się niczym martwić. Także… Witaj w świecie. – usiadł, a reszta wpatrywała się tylko w panią domu.
- O matko, no to dobrze! – usłyszała pierwszy krzyk Sary, a zaraz potem wszyscy dołączyli się krzyków ulgi, ale i gratulacji, że to przezwyciężyła. Właściwie nie wszyscy. Szefowa i Bianca nie za bardzo wiedziały, co się dzieje.
- Byłam chora. Miałam schizofrenię. Jakub mówił, że będzie tylko gorzej, bo naprawdę było coraz gorzej. Rokował, że został mi tylko rok i że naprawdę mogę stracić życie. Że będę chciała popełnić samobójstwo. Że nie nawiążę z nikim żadnej relacji. Że nie będę chciała przebywać wśród ludzi. I że moja wizja, mojej małej córeczki, która dziś miałaby 6 latek, że ona już ze mną zostanie do końca. I że zwariuję. – tłumaczyła wszystkim obecnym, a zwłaszcza Annie i Biance. – I teraz okazuje się, że jest lepiej. To znaczy, nawet nie, że lepiej. Ja po prostu jestem zdrowa. Jakoś nie bardzo mogę w to uwierzyć.
- Nigdy więcej nie będzie strachu, bo ktoś na Ciebie patrzy, bo się kogoś boisz? Żadnego mdlenia po alkoholu? Nigdy więcej nie będę musiał być, obok bo Julia? – usłyszała głos Matteo i poczuła się głupio. On po prostu podsumował całą ich historię w kilku zdaniach.
- Matteo… - wyszeptała. – To chyba dobrze, że…
- Bardzo dobrze. – przerwał jej. – Teraz w końcu będziesz sobą, gratulacje. – odpowiedział.
- Bardzo mi jest przykro, że niektórych z Was poznałam w takim okropnym okresie swojego życia, jednak naprawdę skoro teraz ma być lepiej. W co dalej nie wierzę.
- Ale my wierzymy. Będziesz naprawdę żyła. – odezwała się Sara. – Samodzielnie, już bez nas z boku i to takie dziwne.
- Przynajmniej zrobiłam Wam prezent na ślub. Uwolniłam Was od siebie. – roześmiała się, a przyjaciółka ze łzami w oczach spojrzała na nią. – I przecież wciąż żyję, ale od dziś tutaj. Tym razem bliżej mojego przyjaciela Thomasa. - A on uśmiechnął się do niej.
- Nie chciałbym się wtrącać w całe te przemówienia, ale… Będziemy pozwalać, żeby to jedzenie się tutaj marnowało? Zacznijmy już jeść. – odezwał się niespodziewanie Luca, a wszyscy wybuchli niepohamowanym śmiechem i poparli go, a za chwilę już zajadali pyszności zaserwowane przez panią domu.
- Co on tutaj robi? – zapytała szeptem Sara. – Dlaczego go zaprosiłaś?
- Niby, dlaczego nie? Jest ważną dla mnie osobą.
- Oszalałaś, czy ktoś go tutaj w ogóle lubi? Zobacz, jaki jest Matteo…
- Posłuchaj. Jest ważną osobą, poza tym 5 lat temu…
- Co to ma do rzeczy! Czy on był przy Tobie przez cały ten czas?
- Więc jeżeli iść za tokiem Twojego myślenia to generalnie połowy nie powinno tutaj być. O, a może nawet i wszystkich? – odburknęła. – O co ci chodzi, znasz go przecież.
- Ale Matteo…
- Ale co on?
- Zależy mu na Tobie, a jeżeli teraz masz czas by wybierać… - do rozmowy wtrącił się Jakub. – No to faktycznie…
- Skąd wiesz, że chcę właśnie jego? Albo Thomasa?
- A co? Wolisz Giulio? – rzucił od niechcenia Alessando. – Nie gadaj.
- Po prostu pięć lat temu… I potem…
- To było tak dawno temu. Zobacz jak on się zmienił. Poza tym nie widać w jego oczach tego, co kiedyś i…
- Czyli co?
- Spójrz w jego oczy. A potem oczy Matteo i…
- O czym tak rozprawiacie? – zapytał nagle Giulio, a ona spojrzała prosto w jego ciemne tęczówki.
- Oglądasz widoczki? – zapytała chłopaka, który samotnie stał na balkonie. Pokiwał spokojnie głową. – Podoba Ci się?
- Musiało Ci się tutaj dobrze mieszkać. Zwłaszcza, że Thomas jest niedaleko.
- Kiedy tutaj mieszkałam nie znałam jeszcze Thomasa. Dopiero później zaczęłam się buntować i ciągle tutaj uciekałam. Dlatego te wyścigi. – wytłumaczyła. - To później. Dlaczego?
- Byłaś tylko z Giulio? – zapytał. – Czy również z Thomasem? A może jeszcze kogoś miałaś?
- Matteo, nie do końca rozumiem, o co Ci chodzi.
- Odpowiedz.
- Posłuchaj. Nie widywaliśmy się, nie rozmawialiśmy i teraz od razu generalnie pytasz mnie czy jeszcze kogoś miałam?
- To naprawdę ważne.
- Dla kogo? Dla Ciebie? Po co?
- Pamiętasz jak kiedyś opowiadałem Ci o tej dziewczynie? – pokiwała głową. – Coś ważnego mi się przypomniało, więc jeżeli mogłabyś odpowiedzieć…
Czuła, że to naprawdę ważne. Czy ktoś był prócz Giulio? Z Thomasem nigdy nie była, to przecież oczywiste. Czy był ktoś jeszcze… Tak, ale bardzo dawno temu. Jakiś chłopak na wakacjach. Bardzo się lubili. No, ale co to ma do rzeczy? Odpowiedziała mu.
- Pamiętasz jak ten chłopak miał na imię? – pokręciła głową. – A kojarzysz coś takiego, co mogłoby go charakterystycznie opisać?
- Miał kota, tak myślę. I żółte kąpielówki? Ogólnie bardzo lubił żółty kolor. No i ciągle gadał i… - nagle przerwała. Spojrzała prosto w jego oczy. Tak, to tam było. Było to, o czym mówiła Sara. W oczach Giulio tego nie znalazła. Poza tym było tam coś jeszcze. – I wołali na niego Teo.
Ledwo wypowiedziała te słowa, a tamten szeroko się do niej uśmiechnął. Wyciągnął telefon i zaraz jej coś pokazał. I wręcz nie mogła w to uwierzyć. Ta rzecz znajdowała się w jego galerii. Na zdjęciu stał młodszy Teo, a obok niego dziewczyna, którą doskonale znała. Bo to była ona. Nie mogła się pomylić.
- Nie mogę w to uwierzyć. – wyszeptała tylko.
- Znaliśmy się, zanim poznałaś całą resztę, która jest z Tobą najdłużej.
- Ale przecież ona była, ale… - plątała się, a on zamykając drzwi z balkonu postanowił opowiedzieć jej całą historię.
Mogła dołożyć kolejny fragment puzzli do obrazka. Teraz naprawdę wszystko układało się w całość. Siatkarz opowiedział, że pewnego razu na wakacjach dowiedział się, z plotek rzecz jasna, że mafia ich dosięgła. I że kiedy znalazł się właśnie tutaj, bo przecież podała mu adres, nikogo nie było. Wszystkie rzeczy zostały w domu, gdzie było mnóstwo krwi. Musiał zadzwonić na policję. Bał się okropnie. I naprawdę ją polubił, a więcej już jej nie spotkał. Mówił, że miał trudności ze związkami. Ciągle miał nadzieję, że kiedyś ją jeszcze spotka. Dlatego była tylko Martina. To ona o wszystkim decydowała. Przecież nie mógł być sam tyle lat. A on naprawdę czekał na to, że kiedyś ją jeszcze spotka. I w momencie, kiedy pojawiła się w kawiarni, on wiedział. Nigdy nie był szczęśliwszy. Może, dlatego od tego czasu był prawdziwym wrzodem na tyłku. Nie mógł jej ponownie stracić z oczu. I może, dlatego tak się zachowywał, mimo że przecież byli dla siebie obcy. On wiedział, że nie są, że przecież kiedyś byli przyjaciółmi, a nawet prawie kimś więcej do tego feralnego wydarzenia z mafią.
Ona wciąż nie mogła w to uwierzyć, ale wiedziała, o czym mówi. Tłumaczyła mu, że była tak bardzo zaskoczona i zestresowana zachowaniem rodziców, że uciekają. Dała sobie zafarbować włosy na czerwono, bo zawsze o tym marzyła, a rodzice szybko spełnili jej prośbę, wręcz każąc jej to zrobić. To, dlatego widział tak dużo czerwonej „krwi”. Nie za bardzo umiała się tym obsłużyć, a rodzice szybko ich pakowali. To ona narobiła takiego bajzlu. Gdyby tylko wtedy wiedziała… Westchnęła i nie wiele myśląc przytuliła się do jego boku. Zaskoczony objął ją ramieniem, a ona wtuliła się w niego jeszcze bardziej.
- Więc to Ty byłeś moim pierwszym. – wyszeptała, a on pokiwał tylko głową. – I znów nie mogę w to uwierzyć.
- Chyba będziesz musiała zacząć w to wszystko wierzyć. – odpowiedział cicho, a ona oderwała się od niego i znów spojrzawszy mu prosto w oczy wyszeptała „przepraszam za wszystko” – Właśnie gdyby nie to wszystko…
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam coś dla nas. – Giulio zapukał do drzwi balkonu i pokazał sporo paczuszkę. - Zapraszam. Bo inaczej, wbrew pozorom, cichy Luca zje wszystko.
Byli na niego wściekli, to jasne. Tak dobrze im się rozmawiało, w końcu po tak długim czasie nie mieli do siebie żadnych pretensji, nie kłócili się, ze zrozumieniem słuchali tego drugiego. A tymczasem on przychodzi i przerywa im to.
- To, co? Idziemy?
- Najchętniej zostałabym tutaj z Tobą, na tym balkonie. – jęknęła.
- O, ale tam jest jakiś torcik. Nie zjadłabyś torciku? – pokiwała głową smutnie. – No to idziemy zjeść torcik.
Tak, to był naprawdę piękny torcik. Urodzinowy ze względu na Julię, ale i powitalny, bo przecież nowy dom Vittori. To ona go kroiła. Rozdzielając kawałki Julię wzięła dla siebie, a z kolei Matteo przekazała Vitt. I właściwie, może jej się wydawało, ale przy stole zrobiło się jakoś znośniej, jakoś radośniej i spokojniej. A może po prostu ona była spokojniejsza o to wszystko?
Tak, impreza się udała. Wiedziała to. Może i nawet nieświadomie kogoś ze sobą „spiknęła”, jak to się mówi. Widziała te rozmowy Luci z szefową oraz Thomasa z Biancą, a rozmawiali ze sobą non stop. Nie mogła się mylić, zwłaszcza, że buzie im się nie zamykały. A ile było czarującego uśmiechu. Poza tym, tak łatwo się to nie skończyło. Zaprotestowali, kiedy obie stwierdziły, że na nie czas. Owszem, Bianka miała nazajutrz pracę, ale i widocznie szefowa Anna nie chciała im przeszkadzać. A jednak zostały, uspokojone, że rano się je odwiezie.
Ale zanim to nastąpi, powinna spełnić rolę pani domu i przygotować dla przyjaciół jakiś posiłek. Okej, może to nie było zbyt łatwe w mieszkaniu, gdzie dosłownie nic nie miała, bo przecież dopiero planowała się tutaj przenieść na dobre, jednak jak widać, nawet dali radę się wyspać na kilku poduszkach i z jakimiś kocami. To znaczy oczywiście, kto spał ten spał.
Ona wraz z Matteo długo siedzieli na balkonie, ale oczywiście do niczego nie doszło, ponieważ on nagle stwierdził, że idą na spacer. Roześmiana przystała na ten rozkaz i zaraz znaleźli się w okolicy, gdzie dorastała. Pokazywała mu dosłownie wszystko, a ten uważnie słuchał, doskonale ją poznając. Do domu wrócili grubo nad ranem, kiedy wszyscy spali już głębokim snem. Co było dziwne, ale nie czuła się niekomfortowo, kiedy kładła się obok niego. Spali pod jednym kocem, bo tylko on im został. Jednak tak naprawdę to z głową na poduszce i otulona kocem spała ona. On objął tylko we śnie i tak też usnęli – z uśmiechem na ustach jak zresztą wszyscy w tym pokoju. Dopiero w nocy zarzuciła na niego koc, ale on tylko wtulił się w nią jeszcze mocniej, a ona w odpowiedzi na jego ciepło, ucałowała go w policzek, kolejny raz w ciągu tego szalonego dnia.
Ale to nie był problem, bo on przecież tego nie wiedział. Śniadanie też nie było jakimś większym problemem. W końcu kontakty były, a więc i prąd. Malutka lodóweczka stała tu od wczoraj, z elektrycznym czajnikiem na górze. A poza tym, ona już dawno nie spała. Zdążyła wyjść po zakupy, by zrobić ucztę godną pani domu, którą została dzień temu.
- Cześć wszystkim śpiochom! – stanęła w miejscu, gdzie w przyszłości ma stać sypialnia. – Mam nadzieję, że nikt nie zabije mnie, że go budzę, ale właśnie wybija godzina 10. A ja, jako pani domu, przygotowałam dla Was śniadanie. A właściwie tzw. Szwedzki stół, wiec możecie zjeść, co tylko zechcecie. Więc wstajemy, wstajemy, bo chyba Wam już tutaj nie wygodnie. – odchrząknęła, kiedy Matteo odwrócił się na bok tak, że aż coś mu strzyknęło. Mimo że zaspany, uśmiechnął się do niej i powoli podźwignął się do pozycji siedzącej. Nie był on zresztą jedyny, bo zaraz budzili się kolejni. I znów na nowo zaczęły się pogawędki, opowieści i dużo śmiechu. Zaraz po przebudzeniu się wszystkich, skierowali się do salonu gdzie na stole czekało na nich śniadanie. Ona stanęła z rękami na biodrach i lustrowała głodnych gości.
- Komu kawa, a komu herbata? – zapytała i wszyscy po kolei odzywali się, co woleliby do pierwszego posiłku. – Dobrze, smacznego a ja zaraz wracam. – Znalazła się w pomieszczeniu, które w przyszłości ma być kuchnią i przygotowała 10 kubków. Spośród nich wszystkich nikt nie chciał herbaty, każdy przyzwyczajony był do porannej kawy.
- Pomóc Ci? – usłyszała jego głos i zaraz uśmiechnęła się. Nie miała wątpliwości, że za nią nie przyjdzie. – Bo wiesz… Chciałem Ci zrobić kanapkę, ale nie wiem, na co masz ochotę. Wiesz. Taka kanapka jak wcześniej, kiedy poprawiliśmy swoje stosunki, no, bo teraz chyba też…?
Odwróciła się w jego stronę z wielkim uśmiechem. Stał zaraz przy framudze i nie był pewien czy ma wejść czy szybko stąd odejść. Niepewnie również wypowiadał te słowa, jak gdyby nie chciał się narzucać, bo przecież nie był pewien czy jest tak jak myśli.
- Możesz zrobić taką jak wtedy. Strasznie mi smakowała. – puściła mu oczko, a ten wyraźnie się uśmiechnął. – A co do pomocy, super by było jakbyś wziął te kawy, nie chcę niczego wywalić.
- Chętnie pobawię się w kelnera. – roześmiał się. – A jak… wiesz po imprezie?
- Wiesz… Cieszę się, że mam tu was wszystkich przy sobie. – stwierdziła po prostu. – A Ty? Jak plecy?
- One nie za bardzo są mi wdzięczne za takie traktowanie, ale ja również się cieszę, że tutaj jestem. – odpowiedział, ona pokręciła głową ze śmiechem i zaraz razem zalewali kawy i wędrowali do pokoju. Tam naprawdę Matteo bawił się w kelnera, chodził za nią wokół stołu, kiedy ona rozdawała wszystkim kubki.
Poza tym, że to było zwykłe śniadanie, tak naprawdę było coś więcej. Każdego wtedy przytulała i całowała w policzek. Mimo że wszyscy siedzieli tam w doskonałych humorach, wtedy uśmiechali się już tylko do niej i dopiero wtedy dostrzegła w ich oczach wielką miłość. Do niej, do tej sytuacji, do tego momentu.
A kiedy już usiadła na końcu stołu, na jej miejscu i na talerzu pojawiła się kanapka od Matteo, poczuła, że jest szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. I że te sześć lat temu… Tak musiało być, by spotkać na swojej drodze tak dobrych ludzi. Teraz to oni byli jej rodziną. Z innymi nazwiskami, miejscem zamieszkania, wyglądem – ale co z tego. To była jej prawdziwa rodzina, którą kochała z całych sił.
***
11 stron w Wordzie. OSZALAŁAM. Nie, a tak poważnie, gdybym się nie opanowywała, napisałabym jeszcze z kilka stron. Na szczęście, jako tako się pilnowałam, chociaż naprawdę nie zamierzałam pisać aż tak długiego rozdziału. Z tego powodu nie wiem, kiedy nastąpi 22. Ale mam nadzieję, że po takim rozdziale, reszta tej opowieści nie wyda Wam się za nudna, no i że naprawdę tutaj nie przesadziłam.
Co o tym wszystkim sądzicie? Chyba nikt nie spodziewał się tutaj wszystkich, którzy są ważni dla Vitt. No właściwie, prawie wszystkich ;)
A i wiecie, pochwalę się jeszcze, co mnie natchnęło. Leona Lewis – Run oraz Annie Drury – River Flow. Przyznaję się sama, nie obyło się bez łez. Ale to już sama końcóweczka, to tak właśnie będzie ;) W końcu wsteczne odliczanie… 3 do końca!
Dzięki, że dotrwałyście do tego momentu. Buziaki! :*
Nie będę ukrywać, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Po przeczytaniu pierwszego akapitu, w którym przyjaciele martwią się o Vitt, pomyślałam, że może dziać się z nią coś złego. A ona tylko kupowała mieszkanie :D Ufff.
OdpowiedzUsuńCzyli Wiktoria cierpiała na schizofrenię. Rozumiem... Tak, jak przewidywałyśmy kilka rozdziałów temu (chyba xD), na szczęście udało się ją wyleczyć. Tak w sumie to dobrze, bo bardzo się do niej przywiązałam i nie wyobrażam sobie czytania w epilogu o jej śmierci czy czymś takim. Cieszę się, że Jakub mógł oznajmić jej tę informację w takich okolicznościach. Przy jej rodzinie, jak pięknie nazwała tych ludzi, którzy przecież kontrolowali jej życie <3
Gratuluję jej, że dała radę zamieszkać w tym mieszkaniu. Na pewno rozważyła to, czy chce mieszkać w miejscu, które przypominałoby jej o latach młodości i Julce. Musiała stawić czoła wyobraźni i wspomnieniom, ale wierzę, że teraz będzie tylko lepiej :D
"żółte kąpielówki" <3 Najlepszy opis Matteo. Po kocie nie byłam jeszcze pewna, że opisuje jego, ale czytając o żółtych kąpielówkach... <3 Kocham Cię za te wspomnienia. W ogóle kocham Cię za ten rozdział i za wszystko, co się tutaj wydarzyło. Jako fanka romantycznych scen czekałam na rozwój sytuacji między Teo a Vitt. I w końcu, po 21 rozdziałach, doczekałam się! :D Dzięki.
Uwielbiam ich, serio. Jeśli jeszcze wyobrażę sobie kelnerującego Matteo i to, jak spali to już w ogóle jestem wniebowzięta. Ale na przyszłość, możesz umieszczać takie sceny wcześniej niż po 21 rozdziałach? ;_; Proszę, będę szczęśliwsza. Dobra, już nie marudzę.
Zastanawiam się, co wydarzy się w kolejnych rozdziałach. 3 rozdziały to wystarczająco, aby namieszać xD Mam jednak nadzieję, że dasz bohaterom odpocząć. Chcę sielanki i spokoju. Dziś było dużo wrażeń, więcej nie potrzebuję (:
Czekam w takim razie na ciąg dalszy. Nie przyjmuję do wiadomości, że Ty nie wiesz, kiedy pojawi się 22. Ma być szybko, o.
Dziękuję Ci bardzo za komentarze na obu blogach. U Vettoriego pojawiła się przed godziną nowość, jeśli jesteś zainteresowana.
Pozdrawiam gorąco i wyczekuję. I życzę dużo weny, aby rozdział szybko się ukazał.
Całusy :*
Jest 1:33 a mnie się przypomniało, że zapomniałam o czymś tutaj wspomnieć. Mianowicie, kiedy Luca tak sobie tutaj siedział pomyślałam, że zeswatasz Lucę z Biancą. A tutaj taki psikus - zeswatałaś go z szefową, a z Biancą zeswatałaś Thomasa 😂
UsuńDoprawdy, nie mam pojęcia, dlaczego dla podzielenia się taką głupotą napisałam oddzielny komentarz xD
Dobranoc, to już koniec :*
Co tu się stało?! :o
OdpowiedzUsuńSłowa Jakuba sprzed kilku rozdziałów faktycznie mogły naprowadzać nas na to, że z Vitt wszystko w porządku. Ale te wszystkie rewelacje związane z Matteo?! Autentycznie czytałam to z szeroko otwartymi ustami i kręciłam z niedowierzaniem głową. Musiałam wyglądać przy tym komicznie, ale strasznie ten rozdział przeżywałam.
Kiedy czytałam o nowej sąsiadce Vittorii jakoś tak dziwnie się poczułam. Wszystko tak się poukładało, że już obawiałam się, że wszystko skończy się jakimś niespodziewanym samobójstwem Vitt. Ale ona całą sytuację odebrała zupełnie inaczej - jako zapowiedź czegoś nowego i końca pewnej, hm, epoki? Dla niej oczywiście ;)
Po tym wszystkim Vitt zasłużyła na takie zakończenie - szczęście wśród przyjaciół, którzy stali się jej rodziną. Obecność Giulio na tym przyjęciu trochę mnie jednak zaskoczyła i zaczęłam się nawet niepokoić, że może ona jeszcze coś do niego czuje. Jakby nie było - mieli razem dziecko, a że Julka ciągle była obecna w życiu Vittorii, ta nie mogła zapomnieć o tym co było kiedyś. No i ta rozmowa z Giulio... o rodzinie i mieszkaniu. Nie powiem, przychylniej na niego spojrzałam, ale i tak nie chciałam, żeby Vitt po raz kolejny angażowała się w związek z nim.
Ta rewelacja Jakuba została odebrana jakoś dziwnie - rozumiem szok, ale fakt że Vitt zaczęła po tej wiadomości tłumaczyć co jej było trochę mnie zaskoczył :D Na jej miejscu pewnie nie potrafiłabym nic z siebie wydusić - przygotowujesz się na najgorsze a tu spada na ciebie wieść, że właściwie to wcale nie umrzesz niedługo. Mówienie że nie może w to uwierzyć chyba nie oddaje tego, czego mogłyby opisać jakieś jej spontaniczne reakcje, jej mimika, sposób mówienia. Sposób zachowania gości trochę kłócił mi się z tym co mówili - gratulowali Vitt i cieszyli się razem z nią, ale nie było w tym jakiegoś autentycznego zaskoczenia - tak jakby wiedzieli o tym wcześniej, po prostu rozmawiali siedząc, jakby mówili o czymś przy codziennej kawie. Wydaje mi się że tak bliskie osoby od razu rzuciłyby się na Vittorię, zaczęły ją przytulać, całować, co wrażliwsi może uroniliby łezkę czy dwie ze wzruszenia, a tu - O, super, ale może już zjemy? :D
Może troszkę mi zabrakło właśnie opisu ich zachowania, ale podejrzewam, że to dlatego, że już wcześniej podejrzewałam, że Jakub może przyjechać z taką wiadomością (więcej "że" w tym zdaniu chyba nie dało się użyć! :D). Rozbawił mnie trochę okrzyk Sary " O matko, no to dobrze!" - dobrze to chyba mało powiedziane w zaistniałej sytuacji, ale zwalam to na zdziwienie :D
UsuńMedycznie na temat schizofrenii wiem niewiele, ale, jak to każda choroba psychiczna, z różnych przyczyn może chyba prowadzić do załamania się pacjenta i zagrożenia, że może coś sobie zrobić. Ale jednak, jak na kompletnego laika trochę to dla mnie dziwne - można o takiej chorobie definitywnie, jak zrobił to Kuba, powiedzieć że się skończyła? Że pacjent jest zdrowy? To trochę ryzykowne; trochę tak, jak przewidywanie za ile Vittoria zwariuje i się zabije. No i nie wiem czy takiej pewności o jej zdrowiu nie przeczy jej wizja, jak spaceruje po mieszkaniu z Julką. Na ile taki chory sobie pewne rzeczy wyobraża, a na ile naprawdę je widzi - nie wiem. Podejrzewam że trochę o tym czytałaś, żeby móc stworzyć taką bohaterkę, a że temat jest ciekawy poczytałabym coś o nim i ja - jeśli masz jakąś stronkę godną polecenia z przyjemnością zerknę, fajnie czasem dowiedzieć się czegoś nowego :D)
Kolejna sprawa - Matteo <3
Jak już wcześniej pisałam kibicowałam jemu, choć i Thomasa bardzo lubię. Nikt jednak nie został pokrzywdzony, nawet epizodyczny Luca zainteresował się Anną :D Jak już happy end to na całego, miło się to czyta, serio! :)
Żółte kąpielówki powiedziały mi już wszystko. Skojarzyłam z żółtą sukienką, którą Matteo zaprojektował dla Vitt (a o której ciągle pamiętam, bo tak strasznie mi się to spodobało <3).
Faktycznie, teraz już chyba wszystko się poukładało w najlepszy możliwy sposób. Teo to słodziak, czekał na Vittorię przez ten cały czas!
Co ja tu więcej mogę napisać? Nawet gdybyś się rozpędziła do 20 stron i tak czytałabym tak chętnie jak te 11. Mimo tych paru drobnostek (o których pisałam wyżej - chociaż pewnie się czepiam, tak już mam) rozdział był chyba jednym z tych, które podobały mi się u Ciebie najbardziej! Chyba nawet ulubionym :) Właściwie udało Ci się tu połączyć kilka wątków - jest i Julia, i historia z przeszłości powiązana z teraźniejszością i, miejmy nadzieję, przyszłością dzięki Matteo. Mamy trochę symboliczną scenę z sąsiadką Julką i imprezę z najbliższymi. Czyli taki miks wszystkiego, który wyszedł bardzo smaczny (chyba jestem głodna :D). Skoro jesteśmy już niemal na finiszu, wątki pewnie rozwiążesz jak najpomyślniej. Choć po historii o młodszym Teo nie wiem czy mogę być tak pewna czegokolwiek :)
Buziaki, pisz prędko :*
Nie pamiętam, żebym napisała u Ciebie dłuższy komentarz :D
UsuńTa długość często jest zależna od długości rozdziału, ale nie tylko. Również ilości wątków, jakichś wątpliwości, emocji - no i tutaj wszystko to było.
Aż zaczęłam się zastanawiać jaką litanię Ci tu walnę z okazji ostatniego rozdziału albo epilogu :)
Wygląda jakby mnie tu trochę nie było... Ale mam jakiś taki paskudny zwyczaj że przeczytam, a nie skomentuję od razu i potem zapominam :(
OdpowiedzUsuńTeż miałam wrażenie że Vitt chce popełnić samobójstwo! umiesz budować napięcie, nie ma co :D Czasem z przeszłością jest łatwiej zerwać i zacząć wszystko od nowa, niż żyć z bolesnymi wspomnieniami... Nie wiem czemu bohaterka uparła się żeby zamieszkać akurat tam. Ale czuję, że jej mała sąsiadka Julia to nie może być aż taki zbieg okoliczności. Kurczę, przy czytaniu książek tak nie mam, bo jak pojawia się jakaś wątpliwość i niejasność, to zawsze można przeczytać od razu następny rozdział, a że tutaj trzeba czekać, to pojawiają mi się różne rozkminy i możliwe wersje w głowie :D Nie chcę innym psuć zabawy, ale ciekawa jestem czy mam rację ;)
A skoro po latach odnaleźli się z Matteo... to chyba będą żyli długo i szczęśliwie? W domu z ogrodem i kotem zamiast psa? :D