Można by powiedzieć,
że wszystko dzieje się po coś. Tylko czy aby na pewno tak właśnie jest? Może to
właśnie wszystkie wydarzenia z naszego życia napędzają nasz sposób myślenia i
to my decydujemy, że pojawiają się właśnie takie, a nie inne myśli. To nie
życie decyduje za nas, to naprawdę my mamy w rękach swoje całe życie.
Nawet, jeżeli to ma być tylko rok. Bo rok to 365 dni. Prosty fakt. Uczy się tego dzieci już od najmłodszych lat. 365 dni to naprawdę sporo chwil. Przemijają pory roku, dwa razy w tym czasie przestawia się zegarki. To niby tylko rok, tylko 12 miesięcy, ale gdy zda się sprawę z tego, że to 8760 godzin, 525600 minut, 31536000 sekund, to chyba naprawdę robi wrażenie. Zwłaszcza, że sekunda znaczy naprawdę wiele. Mówi się, że w jednej chwili może się wszystko zmienić. Jeden moment do tego wystarczy, to oczywiste. A gdy pomyśleć o całym roku, to można nawet stwierdzić, że kompletnie wszystko może stanąć na głowie i jeszcze wrócić do poprzedniej „pozycji”. Tak naprawdę jednak wtedy już nigdy nic nie jest takie samo. Chwila wystarczy, żeby sprawić, że wszystko jest całkiem inaczej. Nawet, kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy, a szczególnie zwłaszcza wtedy. Najgorsze jest to, że właściwie nie możemy tego wiedzieć. Rzadko, kiedy, po tych wszystkich zdarzeniach, pamiętamy jak było na początku. Jak wszystko było postrzegane, jacy byliśmy my sami – bo przecież wydaje się, że my wcale się nie zmieniliśmy. Nie widzimy zmian, ale one dzieją się bez naszego pozwolenia. Nawet nie wiemy, kiedy to na dobre się zaczęło. Możemy tylko stwierdzić, jak jest po, gdy tylko to zauważymy. Jeżeli to zauważymy. Po latach jednak da się zauważyć, kiedy dokładnie to wszystko się zaczęło.
U niej było to z początkiem jej narodzin. Po prostu, narodziła się w takiej, a nie innej rodzinie. Była kochana, ale nigdy bezpieczna. Tak samo było i później. Nie widziała zagrożeń, nawet wydawało się, że jest nieustraszona, a jednak. Miłość była, bezpieczeństwo nie do końca. Od początku życia, aż do końca musiała polegać na ludziach. Wiedziała, że ma dobrych przyjaciół, a właściwie to najlepszych na całym świecie. Tylko, że nie mogła sobie przypomnieć żadnego momentu, żeby, choć na chwilę była sama, by, choć na chwilę zostawili ją samą. Oni mówili, że po prostu jej się wydaje. Ale jej po prostu się wydawało, że kiedyś, że wcześniej bywała samodzielniejsza. Tylko nie mogła być tego pewna, niczego nie mogła być pewna.
Dużo wspominali, a ona z każdym ich słowem czuła się, jakby opowiadali jej historię całkowicie innych ludzi. Byli tacy zawstydzeni, że to mówią, że muszą to wszystko wspominać. A ona nie do końca rozumiała, co tak naprawdę jej opowiadają – niedoszły narzeczony, zmarli rodzice w wypadku samochodowym oraz jej córka. Córka, Julia, ze względu na Giulio. Czasami nie nadążała, jak to wszystko mogło się przydarzyć właśnie jej? I jak mogła wtedy spojrzeć w dniu wypadku na niego, właśnie na niego i powiedzieć: „Może w końcu spotkam się z Julią i w końcu usłyszę niesłyszalne”?
Ale to go nie zraziło, jak zwykle. Uratował ją, jak zwykle. Mimo, że w tamtym momencie działo się między nimi różnie, raz dobrze a raz źle – nie zostawił jej. Przesiadywał u niej w szpitalu, pomagał jak tylko mógł. Trenował, grał w meczach domowych oraz wyjazdowych w kraju, a także za granicą, a jednak mimo tego nie odczuwała jego braku. Wydawało jej się, że on w ogóle nie sypia, nie je, tylko zajmuje się siatkówką i przesiaduje z nią. Nie doceniała tego, tak przynajmniej mówiła jej przyjaciółka. Ale ona była załamana problemami ze swoim zdrowiem, ponownie zresztą. Nie chciała nikogo wtedy widzieć, ale on jedyny się nie poddał. Mogła go bić, wyzywać, nie odzywać się albo płakać czy zamykać drzwi. I tak sobie z tym radził, ponieważ był prócz dziewczyny jednym z bliższych jej ludzi. Jeszcze był pan lekarz, który również był jej przyjacielem i to on dbał o nią w Polsce, a kiedy tylko mógł, przylatywał specjalnie dla niej. Naprawdę jej życie było zakręcone.
Nie było dużo lepsze, gdy w końcu wyszła ze szpitala. To on głównie się nią opiekował, w końcu ta jej przyjaciółka, Sara, mama bliźniaków, miała wyjątkowo dużo pracy przy dzieciach, mimo że rosły i były coraz starsze – trzeba było przeznaczać dla nich coraz więcej czasu. Mimo że reszta przyjaciół wiła swoje gniazdka i tak wszyscy wpadali do jej mieszkania, całkowicie bez zapowiedzi. Oczywiście lekarz Jakub najczęściej wprowadzał tam siatkarza Piano. I byłoby w porządku, gdyby oboje nie spiskowali za jej plecami, ponieważ oboje umówili się, że z Giulio, dawnym narzeczonym to już na pewno się nie spotka i restrykcyjnie tego przestrzegali, kiedy on przychodził. A przecież on niczego jej nie zrobił. Jakie to było złudne, kiedy usłyszała tą wersję od kolejnego siatkarza, Thomasa.
Bo owszem, w to wszystko znów był zamieszany Giulio. Wypadek nie był znów taki przypadkowy. Ona nie oglądała się jakoś specjalnie, dookoła, ale była od dawna obserwowana. A kiedy wyskoczyła z mieszkania, a na ulicach było dosyć pustawo, postanowili działać. Mafia jednak dowiedziała się, że dziewczyna przeżyła. Tylko, że po tym wypadku nie czuła się już jakby żyła. Trochę czasu na wózku, jednak nie to było najgorsze. Ona po prostu zaczęła mieć problemy z pamięcią. Najpierw zapominała o jakiś drobnostkach, potem nie wiedziała, dlaczego znajduje się w jakimś miejscu, później nie rozpoznawała znajomych twarzy w tłumie, następnie zapominała jak coś powiedzieć, a potem było już tylko gorzej – zapominanie o sensie czegoś, zapominanie imion, wydarzeń. Bywały też gorsze chwile, gdy nie pamiętała dosłownie nic. I musieli jej opowiadać, opowiadać i tylko i wyłącznie opowiadać, popierając swoje słowa zdjęciami czy innymi rzeczami, które mogliby znaleźć. Kolory, muzyka czy jakieś charakterystyczne znaki, materiały oraz kształty – to w pewien sposób pomagało. Dlatego też kazali jej założyć dziennik i tam spisywać każde swoje uczucie, wspomnienie jakiegoś świetnego dnia czy jakąś cechę charakterystyczną dla kogoś z przyjaciół. W gorszych chwilach to też miała sobie przypominać. Z czasem dochodziły tam wpisy o treści „uśmiech dzieci Sary”, ponieważ kobieta urodziła bliźniaki – dziewczynkę i chłopczyka.
A kiedy bywało lepiej z pamięcią, gorzej było z kręgosłupem. Bolało ją tak bardzo, że mogłaby tylko i wyłącznie leżeć na plecach. Nie chodzenie, nie stanie. I nawet nie leżenie w innej pozycji niż na plecach. To wtedy naprawdę był okropny ból. Dlatego w głębi serca cieszyła się, że jest ktoś obok niej, kto mógł przynieść jej zwyczajny kubek kawy.
I tak właśnie była to Sara, która wpadała tak często jak tylko mogła i zawsze sprawiała, że na jej ustach gościł wtedy uśmiech; często z Alessandrem i wtedy miała całą głośną rodzinkę na głowie; pojawiał się i głównie Matteo, który naprawdę żył tylko siatkówką i jej osobą; Thomas z Biancą, zawsze wesoło coś opowiadając i rozbawiając ją niemal do łez; bywali też Luca z Anną, a Luca zawsze im wtedy coś gotował; no i Jakub, który ostatecznie przekonał się do pracy we Włoszech, a raczej przekonała go jedna z tutejszych sąsiadek.
Nigdy by nie pomyślała, że chwilami będzie przy nich najszczęśliwsza na świecie, a czasami wręcz będzie ich nienawidziła za to, że nie może ich pamiętać. Jak można nie pamiętać najwspanialszych osób w swoim życiu? A te wszystkie wspomnienia, które się z nimi przeżyło? Pustka, którą nijak nie da się zapełnić, mimo wciąż i wciąż przypominanych wydarzeń? Czasami naprawdę nic nie było w stanie przypomnieć jej o wszystkim.
Chociaż wynalazła jakiś tam sposób, skoro, gdy myślała mocno o Julii chcąc ją sobie jakoś wyobrazić, jako dziewczynkę, którą opisywała swojemu polskiemu lekarzowi, zawsze wtedy widziała w wyobraźni uśmiechniętego Matteo. Lubiła ten uśmiech, może i nawet bardziej od tego realnego, zmęczonego i już nie tak promiennego chłopaka. Było jej źle widząc, jak wszyscy męczą się z nią, chociaż oczywiście nie chcieli tego przyznać. Bolało ich każde jej „ale ja Cię nie pamiętam”.
Jej chyba najbardziej żal było właśnie Matteo. Kiedyś podsłuchała przypadkiem jak Luca, trzeci z siatkarzy, mówi mu właśnie, że „Vittoria w głębi serca gdzieś tam jest, tylko ten wypadek znów spłatał takiego psikusa”. A ona nie wiele myśląc, mimo że w końcu w pewnym stopniu byli to obcy ludzie, weszła do pokoju i bez słowa przytuliła się do tego chłopaka pocieszanego przez kumpla. Jego reakcja była niesamowita – mocno ją do siebie przytulił i słychać było jak się rozpłakał, ale nie, dlatego że był cieniasem, po prostu słowa „Przepraszam, że nie mogę Ci dać takiej Vittorii, jakiej oczekujesz i jakiej byś pragnął” rozwaliły go chyba na łopatki. Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła, jednak poczuła, że musi. Zwłaszcza, gdy następnej nocy przyśniła jej się jedna scena ze szpitala i to wydawało jej się, jakby wcale nie była żadna senna mara.
Skoro bywał w szpitalu, takie coś też mogło się przydarzyć. Zresztą on o tym nie wiedział, to pamiętała chyba tylko ona. W końcu to było zaraz po jej wypadku, kiedy leżała i odpoczywała. Jednak raz się obudziła, akurat wtedy, kiedy on płakał przy jej łóżku. Mówił, że nawet gdyby to zrobił teraz czy w przyszłości, ona na pewno by tego nie pamiętała. Opowiadał, że po wspólnej nocy już planował dla nich wspólną przyszłość, jednak nie spodziewał się, że ona ucieknie nad ranem z tego domu i zdarzy się ten cholerny wypadek. Chciał by razem spróbowali, chciał jej się w przyszłości oświadczyć, bo wiedział, że to ona. Był pewien, że to jest właśnie pisana mu żona, że założą szczęśliwą rodzinę. I że historia będzie rozgrywała się dalej, ale już z ich udziałem. Vittorii i Matteo Piano.
Czy więc mogła zrobić coś innego nad ranem, kiedy obudziła się z tego snu? Nie zważając na godzinę wybrała jego numer i poprosiła by przyjechał. I zrobił to najszybciej jak tylko mógł. Kiedy zaskoczony, ale i zdenerwowany pojawił się w jej drzwiach, ona spokojnie zaprosiła go do środka. Była tak przejęta, że nie zrobiła mu nawet żadnej herbaty. Po prostu stanęła przed nim i chwyciła za jego dłonie, mówiąc krótkie: „Jestem gotowa by zostać Twoją żoną. Ta dziewczyna wewnątrz mnie pragnie tego chyba najbardziej na świecie.” A on odetchnął z ulgą i zaraz porwał ją w ramiona i zakręcił się dookoła z nią.
Więc czy jest szczęśliwe zakończenie? Tak jak w życiu. Raz źle, za chwile jest dobrze, może nawet i wspaniale a później znów wszystko się psuje. Tak właśnie było w jej życiu, raczej w ich życiach. Wyszła za niego, kiedy lepiej się czuła, jednak nie spełniła jego marzenia – nie dała mu dziecka. Byli po prostu oni, ich świat i naprawdę wiele, wiele wspomnień, które razem dzielili. Oczywiście bywało gorzej, ale wtedy wystarczyło by wypowiedział imię Julii, a ona jakimś cudem nie zapominała o nim, jako swoim mężu.
I jedno z modlitwy Giulio się spełniło – miała kochającego męża, a więc i w pewien sposób dom. I faktycznie, spełniał on każde jej marzenie, na które tylko mogli sobie pozwolić. Ona tylko mogła odwdzięczyć mu się tym, by z każdym dniem stawać się coraz lepszą oraz by kochać go tak jak powinna, tak jak na pewno robiłaby to dawna Vittoria. I to miała być właśnie jej i jego wygrana. I to wszystko dzięki niej.
Julia była kluczem do wszystkiego. Julia sprawiła, że to wszystko właśnie tak się potoczyło. Julia była jej „niesłyszalnym”, które tylko i wyłącznie ona słyszała, chociaż wydawało się, że i Matteo czasem rozumie więcej, niż mogłoby się wydawać. Dlatego też Julia była jej Aniołem Stróżem w niebie, a drugiego Anioła Stróża miała obok siebie. Aż do końca życia, bezterminowo.
Nawet, jeżeli to ma być tylko rok. Bo rok to 365 dni. Prosty fakt. Uczy się tego dzieci już od najmłodszych lat. 365 dni to naprawdę sporo chwil. Przemijają pory roku, dwa razy w tym czasie przestawia się zegarki. To niby tylko rok, tylko 12 miesięcy, ale gdy zda się sprawę z tego, że to 8760 godzin, 525600 minut, 31536000 sekund, to chyba naprawdę robi wrażenie. Zwłaszcza, że sekunda znaczy naprawdę wiele. Mówi się, że w jednej chwili może się wszystko zmienić. Jeden moment do tego wystarczy, to oczywiste. A gdy pomyśleć o całym roku, to można nawet stwierdzić, że kompletnie wszystko może stanąć na głowie i jeszcze wrócić do poprzedniej „pozycji”. Tak naprawdę jednak wtedy już nigdy nic nie jest takie samo. Chwila wystarczy, żeby sprawić, że wszystko jest całkiem inaczej. Nawet, kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy, a szczególnie zwłaszcza wtedy. Najgorsze jest to, że właściwie nie możemy tego wiedzieć. Rzadko, kiedy, po tych wszystkich zdarzeniach, pamiętamy jak było na początku. Jak wszystko było postrzegane, jacy byliśmy my sami – bo przecież wydaje się, że my wcale się nie zmieniliśmy. Nie widzimy zmian, ale one dzieją się bez naszego pozwolenia. Nawet nie wiemy, kiedy to na dobre się zaczęło. Możemy tylko stwierdzić, jak jest po, gdy tylko to zauważymy. Jeżeli to zauważymy. Po latach jednak da się zauważyć, kiedy dokładnie to wszystko się zaczęło.
U niej było to z początkiem jej narodzin. Po prostu, narodziła się w takiej, a nie innej rodzinie. Była kochana, ale nigdy bezpieczna. Tak samo było i później. Nie widziała zagrożeń, nawet wydawało się, że jest nieustraszona, a jednak. Miłość była, bezpieczeństwo nie do końca. Od początku życia, aż do końca musiała polegać na ludziach. Wiedziała, że ma dobrych przyjaciół, a właściwie to najlepszych na całym świecie. Tylko, że nie mogła sobie przypomnieć żadnego momentu, żeby, choć na chwilę była sama, by, choć na chwilę zostawili ją samą. Oni mówili, że po prostu jej się wydaje. Ale jej po prostu się wydawało, że kiedyś, że wcześniej bywała samodzielniejsza. Tylko nie mogła być tego pewna, niczego nie mogła być pewna.
Dużo wspominali, a ona z każdym ich słowem czuła się, jakby opowiadali jej historię całkowicie innych ludzi. Byli tacy zawstydzeni, że to mówią, że muszą to wszystko wspominać. A ona nie do końca rozumiała, co tak naprawdę jej opowiadają – niedoszły narzeczony, zmarli rodzice w wypadku samochodowym oraz jej córka. Córka, Julia, ze względu na Giulio. Czasami nie nadążała, jak to wszystko mogło się przydarzyć właśnie jej? I jak mogła wtedy spojrzeć w dniu wypadku na niego, właśnie na niego i powiedzieć: „Może w końcu spotkam się z Julią i w końcu usłyszę niesłyszalne”?
Ale to go nie zraziło, jak zwykle. Uratował ją, jak zwykle. Mimo, że w tamtym momencie działo się między nimi różnie, raz dobrze a raz źle – nie zostawił jej. Przesiadywał u niej w szpitalu, pomagał jak tylko mógł. Trenował, grał w meczach domowych oraz wyjazdowych w kraju, a także za granicą, a jednak mimo tego nie odczuwała jego braku. Wydawało jej się, że on w ogóle nie sypia, nie je, tylko zajmuje się siatkówką i przesiaduje z nią. Nie doceniała tego, tak przynajmniej mówiła jej przyjaciółka. Ale ona była załamana problemami ze swoim zdrowiem, ponownie zresztą. Nie chciała nikogo wtedy widzieć, ale on jedyny się nie poddał. Mogła go bić, wyzywać, nie odzywać się albo płakać czy zamykać drzwi. I tak sobie z tym radził, ponieważ był prócz dziewczyny jednym z bliższych jej ludzi. Jeszcze był pan lekarz, który również był jej przyjacielem i to on dbał o nią w Polsce, a kiedy tylko mógł, przylatywał specjalnie dla niej. Naprawdę jej życie było zakręcone.
Nie było dużo lepsze, gdy w końcu wyszła ze szpitala. To on głównie się nią opiekował, w końcu ta jej przyjaciółka, Sara, mama bliźniaków, miała wyjątkowo dużo pracy przy dzieciach, mimo że rosły i były coraz starsze – trzeba było przeznaczać dla nich coraz więcej czasu. Mimo że reszta przyjaciół wiła swoje gniazdka i tak wszyscy wpadali do jej mieszkania, całkowicie bez zapowiedzi. Oczywiście lekarz Jakub najczęściej wprowadzał tam siatkarza Piano. I byłoby w porządku, gdyby oboje nie spiskowali za jej plecami, ponieważ oboje umówili się, że z Giulio, dawnym narzeczonym to już na pewno się nie spotka i restrykcyjnie tego przestrzegali, kiedy on przychodził. A przecież on niczego jej nie zrobił. Jakie to było złudne, kiedy usłyszała tą wersję od kolejnego siatkarza, Thomasa.
Bo owszem, w to wszystko znów był zamieszany Giulio. Wypadek nie był znów taki przypadkowy. Ona nie oglądała się jakoś specjalnie, dookoła, ale była od dawna obserwowana. A kiedy wyskoczyła z mieszkania, a na ulicach było dosyć pustawo, postanowili działać. Mafia jednak dowiedziała się, że dziewczyna przeżyła. Tylko, że po tym wypadku nie czuła się już jakby żyła. Trochę czasu na wózku, jednak nie to było najgorsze. Ona po prostu zaczęła mieć problemy z pamięcią. Najpierw zapominała o jakiś drobnostkach, potem nie wiedziała, dlaczego znajduje się w jakimś miejscu, później nie rozpoznawała znajomych twarzy w tłumie, następnie zapominała jak coś powiedzieć, a potem było już tylko gorzej – zapominanie o sensie czegoś, zapominanie imion, wydarzeń. Bywały też gorsze chwile, gdy nie pamiętała dosłownie nic. I musieli jej opowiadać, opowiadać i tylko i wyłącznie opowiadać, popierając swoje słowa zdjęciami czy innymi rzeczami, które mogliby znaleźć. Kolory, muzyka czy jakieś charakterystyczne znaki, materiały oraz kształty – to w pewien sposób pomagało. Dlatego też kazali jej założyć dziennik i tam spisywać każde swoje uczucie, wspomnienie jakiegoś świetnego dnia czy jakąś cechę charakterystyczną dla kogoś z przyjaciół. W gorszych chwilach to też miała sobie przypominać. Z czasem dochodziły tam wpisy o treści „uśmiech dzieci Sary”, ponieważ kobieta urodziła bliźniaki – dziewczynkę i chłopczyka.
A kiedy bywało lepiej z pamięcią, gorzej było z kręgosłupem. Bolało ją tak bardzo, że mogłaby tylko i wyłącznie leżeć na plecach. Nie chodzenie, nie stanie. I nawet nie leżenie w innej pozycji niż na plecach. To wtedy naprawdę był okropny ból. Dlatego w głębi serca cieszyła się, że jest ktoś obok niej, kto mógł przynieść jej zwyczajny kubek kawy.
I tak właśnie była to Sara, która wpadała tak często jak tylko mogła i zawsze sprawiała, że na jej ustach gościł wtedy uśmiech; często z Alessandrem i wtedy miała całą głośną rodzinkę na głowie; pojawiał się i głównie Matteo, który naprawdę żył tylko siatkówką i jej osobą; Thomas z Biancą, zawsze wesoło coś opowiadając i rozbawiając ją niemal do łez; bywali też Luca z Anną, a Luca zawsze im wtedy coś gotował; no i Jakub, który ostatecznie przekonał się do pracy we Włoszech, a raczej przekonała go jedna z tutejszych sąsiadek.
Nigdy by nie pomyślała, że chwilami będzie przy nich najszczęśliwsza na świecie, a czasami wręcz będzie ich nienawidziła za to, że nie może ich pamiętać. Jak można nie pamiętać najwspanialszych osób w swoim życiu? A te wszystkie wspomnienia, które się z nimi przeżyło? Pustka, którą nijak nie da się zapełnić, mimo wciąż i wciąż przypominanych wydarzeń? Czasami naprawdę nic nie było w stanie przypomnieć jej o wszystkim.
Chociaż wynalazła jakiś tam sposób, skoro, gdy myślała mocno o Julii chcąc ją sobie jakoś wyobrazić, jako dziewczynkę, którą opisywała swojemu polskiemu lekarzowi, zawsze wtedy widziała w wyobraźni uśmiechniętego Matteo. Lubiła ten uśmiech, może i nawet bardziej od tego realnego, zmęczonego i już nie tak promiennego chłopaka. Było jej źle widząc, jak wszyscy męczą się z nią, chociaż oczywiście nie chcieli tego przyznać. Bolało ich każde jej „ale ja Cię nie pamiętam”.
Jej chyba najbardziej żal było właśnie Matteo. Kiedyś podsłuchała przypadkiem jak Luca, trzeci z siatkarzy, mówi mu właśnie, że „Vittoria w głębi serca gdzieś tam jest, tylko ten wypadek znów spłatał takiego psikusa”. A ona nie wiele myśląc, mimo że w końcu w pewnym stopniu byli to obcy ludzie, weszła do pokoju i bez słowa przytuliła się do tego chłopaka pocieszanego przez kumpla. Jego reakcja była niesamowita – mocno ją do siebie przytulił i słychać było jak się rozpłakał, ale nie, dlatego że był cieniasem, po prostu słowa „Przepraszam, że nie mogę Ci dać takiej Vittorii, jakiej oczekujesz i jakiej byś pragnął” rozwaliły go chyba na łopatki. Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła, jednak poczuła, że musi. Zwłaszcza, gdy następnej nocy przyśniła jej się jedna scena ze szpitala i to wydawało jej się, jakby wcale nie była żadna senna mara.
Skoro bywał w szpitalu, takie coś też mogło się przydarzyć. Zresztą on o tym nie wiedział, to pamiętała chyba tylko ona. W końcu to było zaraz po jej wypadku, kiedy leżała i odpoczywała. Jednak raz się obudziła, akurat wtedy, kiedy on płakał przy jej łóżku. Mówił, że nawet gdyby to zrobił teraz czy w przyszłości, ona na pewno by tego nie pamiętała. Opowiadał, że po wspólnej nocy już planował dla nich wspólną przyszłość, jednak nie spodziewał się, że ona ucieknie nad ranem z tego domu i zdarzy się ten cholerny wypadek. Chciał by razem spróbowali, chciał jej się w przyszłości oświadczyć, bo wiedział, że to ona. Był pewien, że to jest właśnie pisana mu żona, że założą szczęśliwą rodzinę. I że historia będzie rozgrywała się dalej, ale już z ich udziałem. Vittorii i Matteo Piano.
Czy więc mogła zrobić coś innego nad ranem, kiedy obudziła się z tego snu? Nie zważając na godzinę wybrała jego numer i poprosiła by przyjechał. I zrobił to najszybciej jak tylko mógł. Kiedy zaskoczony, ale i zdenerwowany pojawił się w jej drzwiach, ona spokojnie zaprosiła go do środka. Była tak przejęta, że nie zrobiła mu nawet żadnej herbaty. Po prostu stanęła przed nim i chwyciła za jego dłonie, mówiąc krótkie: „Jestem gotowa by zostać Twoją żoną. Ta dziewczyna wewnątrz mnie pragnie tego chyba najbardziej na świecie.” A on odetchnął z ulgą i zaraz porwał ją w ramiona i zakręcił się dookoła z nią.
Więc czy jest szczęśliwe zakończenie? Tak jak w życiu. Raz źle, za chwile jest dobrze, może nawet i wspaniale a później znów wszystko się psuje. Tak właśnie było w jej życiu, raczej w ich życiach. Wyszła za niego, kiedy lepiej się czuła, jednak nie spełniła jego marzenia – nie dała mu dziecka. Byli po prostu oni, ich świat i naprawdę wiele, wiele wspomnień, które razem dzielili. Oczywiście bywało gorzej, ale wtedy wystarczyło by wypowiedział imię Julii, a ona jakimś cudem nie zapominała o nim, jako swoim mężu.
I jedno z modlitwy Giulio się spełniło – miała kochającego męża, a więc i w pewien sposób dom. I faktycznie, spełniał on każde jej marzenie, na które tylko mogli sobie pozwolić. Ona tylko mogła odwdzięczyć mu się tym, by z każdym dniem stawać się coraz lepszą oraz by kochać go tak jak powinna, tak jak na pewno robiłaby to dawna Vittoria. I to miała być właśnie jej i jego wygrana. I to wszystko dzięki niej.
Julia była kluczem do wszystkiego. Julia sprawiła, że to wszystko właśnie tak się potoczyło. Julia była jej „niesłyszalnym”, które tylko i wyłącznie ona słyszała, chociaż wydawało się, że i Matteo czasem rozumie więcej, niż mogłoby się wydawać. Dlatego też Julia była jej Aniołem Stróżem w niebie, a drugiego Anioła Stróża miała obok siebie. Aż do końca życia, bezterminowo.
***
Czas na zakończenie. Nawet nie wiecie jak trudno mi to pisać. Mam wrażenie, że mogłabym wymyślić jeszcze kilka wątków, a przynajmniej napisać kilka wersji tego epilogu. Przyznaję się! W zamyśle końcówka miała wyglądać zupełnie inaczej, jednak po wcześniejszym rozpoczęciu epilogu (gdzieś tak nawet na początku opowieści) nie zgadzało mi się nic. Poza tym wydaje mi się, że byłby najnudniejszy na całym świecie – dlatego też rzuciłam się na coś nowego. Myślę, że w miarę odzwierciedla całość tego opowiadania.
Ale nawet nie wiecie jak dziwnie pisze mi się właśnie słowo „całość”. Całość, więc tak naprawdę koniec. Koniec Vittorii i Matteo, Sary i Alessandro, Thomasa i Bianci, Luci i Anny, Jakuba, Giulio… Wszystkich.
I tak, zapiszę to: Z dniem 11.08.2016, o godzinie 10:45 nastąpił koniec „Słysząc niesłyszalne”. Można powiedzieć, że pisałam rok, jednak zaczęłam zdecydowanie wcześniej. Prawidłowa data to 25.07.2015, godzina 17:55. Wtedy narodzili się oni wszyscy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że dociągnę to do końca. Gdzieś w połowie były trochę dłuższe przerwy i myślałam, że tak będzie aż do końca, jednak udało się i wróciłam, by to skończyć.
Cieszę się, naprawdę się cieszę, jednak będzie mi ich strasznie brakowało. Zżyłam się z nimi i szczerze pokochałam mojego Matteo. Może i mi kiedyś przydarzy się taki, ale prawdziwy, Włoch? ;)
I naprawdę, teraz czas na najważniejsze, a najważniejszymi jesteście tutaj Wy! Nawet nie wiem od czego mogłabym zacząć, a raczej jak ubrać to w słowa, bo jak się rozpiszę, to mogę dowalić kolejne dwie strony w Wordzie, no ale nie mogę przesadzić, no! ;) Nawet nie wiem czy to będzie wystarczające, co tutaj napiszę, ale będzie to szczera prawda. DZIĘKUJĘ WAM Z CAŁEGO SERDUSZKA ZA TO, ŻE BYŁYŚCIE TUTAJ ZE MNĄ I WYTRZYMYWAŁYŚCIE KAŻDY MÓJ POMYSŁ PRZELANY TUTAJ W ROZDZIAŁACH. DZIĘKUJĘ ZA KAŻDE MIŁE SŁOWO, ZA PRZEMYŚLENIA, ŻE CO BĘDZIE SIĘ TUTAJ DZIAŁO DALEJ, ZA OGROM MOTYWACJI, KTÓRA BYŁA KAŻDYM WASZYM NAPISANYM SŁOWEM. Nie wiem co mogłabym jeszcze tutaj dodać, zwłaszcza, że to nie jest pożegnanie, ponieważ pod moją literką „W.” kryją się jeszcze co najmniej dwa blogi ;) Dlatego też nie znikam! JESZCZE RAZ WIELKIE DZIĘKI DZIEWCZYNY. JESTEŚCIE SUPER! :*
Będzie mi też niezmiernie miło kiedy wspomnicie sobie kiedyś tą – oczywiście, że nieidealną – historię i może znajdziecie dla siebie tutaj jakąś podpowiedź. Kto wie? ;)
A teraz czas na to jedno słowo, które jednak trochę wbija mnie w fotel i nie pozwala mi się napisać. NIE MÓWIĘ ŻEGNAJCIE, ALE DO ZOBACZENIA! I to będzie odpowiednie „pożegnanie”.
Dziękuję. Do zobaczenia,
wasza W.
PS. Statystyki jak ktoś chce!
Odwiedzin: ~5130
Komentarzy: 84!
Stron w Wordzie: razem z brudnopisami, 150! :D
Hmm, sama nie wiem, co mam powiedzieć. To za tamten rozdział miałyśmy Cię zabić, a nie za epilog! A tu takie zaskoczenie.
OdpowiedzUsuńI tak generalnie nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić. Bo niby mamy happy end, którego wszystkie chciałyśmy, ale z drugiej strony nie do końca. To w sumie dość oryginalne. Bo albo jest happy end, albo tragiczne zakończenie. A tutaj jest coś pomiędzy. No i ja sama nie wiem, jak to odbierać. Po poprzednim rozdziale oczekiwałam czegoś innego, ale po przypomnieniu sobie prologu i początkowych rozdziałów, według którego Vitt miała umrzeć, chyba powinnam się cieszyć. Więc chyba będę się cieszyć :3 Mimo wszystko. Bo życie to nie tylko schodzenie z górki, ale również ciężka wspinaczka. I tutaj widzimy to falowanie. I to chyba jest dość prawdziwe zakończenie. Bez życia długo i szczęśliwie.
Swoją drogą, bardzo podobają mi się te początkowe akapity. Te refleksyjne (lubię czytać takie wstawki), życiowe, z którymi ciężko się nie zgodzić. I dużo liczb, moje oczka się cieszą :3 Nawiasem mówiąc, początkowo podobnie miał wyglądać mój epilog u Piano (spoiler, spoiler xD), ale jego ostateczna forma od tego odbiega. Znacznie odbiega. No nieważne, nie powinnam tyle pisać o sobie.
Pod poprzednim rozdziałem pisałam o wpadnięciu mafii. Kurde, gdybym wiedziała! I nie wiem, czy się teraz śmiać ze swojej umiejętności przewidywania przyszłości w żartach czy raczej się rozpłakać. Gdyby nie oni, wszystko mogłoby wyglądać inaczej.
No ale nie ma co narzekać. Ciekawi mnie bardzo, jak początkowo miał wygląd ten epilog. Miał być pozytywniejszy? Radośniejszy? Mniej dołujący?
Chciałoby się napisać, że czekam na następny rozdział. Ale następnego nie będzie xD Nie wiem, czy to nie pierwsze opowiadanie, które zostało zakończone za mojej kadencji. Gratulacje.
Po raz ostatni piszę, że pozdrawiam i ślę całusy. To było dobre opowiadanie, inne niż wszystkie. Aż się teraz boję czytać Vetto XD (nie wiem, kiedy się tam pojawię, bo mam troszkę zaległości :c)
No to ten... Dzięki za wszystko.
Pozdrawiam :*
Cześć, przepraszam za spóźnienie, trochę miałam ostatnio na głowie. Ale w końcu jestem!
OdpowiedzUsuńEpilog. Jejku. Pamiętam przecież sam początek, kiedy dopiero zapraszałaś mnie na swojego bloga.
Minął właściwie rok, cieszę się że mogłam tu być. Ale okej – to na sam koniec, przejdźmy do treści, bo ta jednak nie była do końca przewidywalna. Gdzieś tam obawiałam się jakiegoś wypadku, ale chyba nie w takiej formie :D Ta mafia wpadła tak nagle, nie było nigdzie wzmianki o tym, żeby ktoś obserwował Vittorię, przynajmniej ja takiej nie pamiętam, a wydaje mi się, że musieli czegoś się o niej dowiedzieć, żeby zaatakować. Ale skoro zawarłaś taką informację tu, w epilogu – nie czepiam się ;)
Problemy z pamięcią to nic przyjemnego. Nie doświadczyłam czegoś podobnego osobiście, ale obserwowałam jak takie coś powoli zabiera człowiekowi samoświadomość i rozumienie świata. I to jest najgorsze.
Tak jak pisała już Cierpienie – niby happy end, ale nie do końca. Tragedia, po której ciągle towarzyszą Vittorii jej przyjaciele. No i Matteo.
Fajnie, że między nimi NARESZCIE się ułożyło. Vitt właściwie miała szansę poznać go na nowo i utwierdzić się, że to właśnie ON. Po raz drugi. Chyba rzadko się zdarza, żeby w prawdziwym życiu człowiek był gotowy na takie poświęcenie, na jakie zdobył się Matteo, dla osoby, która właściwie zupełnie zapomniała kim dla niej był. Ale bez tego byłabym zmuszona napisać, że zakończenie jest totalnie smutne. A tak – Vitt ma przynajmniej tego Matteo, choć w pamięci ma na pewno pełno czarnych dziur. Zawsze coś :D
Z ostatniego akapitu wnioskuję (może błędnie), że o Julii Vitt nie zapomniała (choć o to akurat trudno – nie tylko ze względu na tatuaż). To tak fajnie wiąże początek z końcem, ta informacja o niesłyszalnym. Właściwie zrobiło się z tego gdzieś po drodze takie trochę opowiadanie nie tylko realistyczne, choć przeważały właśnie takie wątki.
Przychodząc tu byłam prawie pewna, że przeczytam rozluźniające, wyłącznie siatkarskie opowiadanie. Ale nie – to była historia Vittorii, opowieść o niej, o jej życiu. Siatkarze byli tu jedynie tłem, ale czy to właściwie oznacza, że to źle? ;) Nie rzucając ich na pierwszy plan pokazałaś, że to ludzie jak wszyscy. Może troszkę wyżsi. Matteo nie był płaską postacią, wyłącznie zakochanym bez pamięci głuptasem. Miał wady, zalety i reagował na pewne sytuacje zupełnie nieprzewidywalnie. To na pewno na plus! Thomas, początkowo niemal stale obecny, gdzieś tam się zgubił i później był parę razy wspominany. Nie mogę przeboleć tego, że był takim idealnym przyjacielem, nie pamiętam jego potknięć właściwie wcale ;)
Obiecałam że w tym komentarzu podsumuję całość.
Momentami trochę się gubiłam, przyznaję to bez bicia. Ale informowałam o tym raczej na bieżąco, gdzieś tam kiedyś wspomniałam chyba też, że wszystko co włoskie właśnie takie mi się wydaje – pogmatwane, trochę zakręcone i niejasne. Ale takie akcje wyłapywałam kilkukrotnie, więc to jednak zamierzony efekt. Włoski taki <3
No i co ja tu mogę jeszcze powiedzieć… O, wiem! Pierwszym komentarzem byłam i jak głupia się z tego cieszę :D W ogóle się cieszę że tu byłam. I że masz już kolejne historie! Jedną będę czytać na pewno, zadeklarowałam się już dawno. Co do drugiej nie mam pewności – przeczytać pewnie przeczytam, ale czy znajdę czas na sensowny komentarz – tego nie wiem. Zwariowany czas przede mną.
Dziękuję za każdy rozdział, za fantastycznych bohaterów i ten klimat! To jeszcze raz, jak w przedszkolu – DZIĘĘĘĘKUUUJEEEMYYY! <3
Zdradź proszę jakie planowałaś zakończenie! Niczego to nie zmieni ale chociaż zaspokoi moją ciekawość :)
Ostatni raz na Słysząc Niesłyszalne – buziaki,
Devoid Patience.
Powiem szczerze że gdy zaczęłam czytać to opowiadanie to byłam przekonana że czeka nas smutne zakończenie. Nie rozumiałam początkowo choroby głównej bohaterki, ale z rozdziału na rozdział dostrzegałam ten fakt że dzięki Matteo jej stan się poprawia. To zabawne bo przecież początkowo pałała do niego wielką niechęcią, no ale bardzo często powiedzenie "z miłości do nienawiści jeden krok" można lekko zmienić :) Dziwnie to zabrzmi ale Julia "wybrała" bądź "zaakceptowała" go dla matki. Od razu można było to wyczuć, po jej zachowaniu i tak dalej. Po za tym to dzięki niemu ona "znikała". To niesamowite jak po latach zorientowali się że kiedyś połączyła ich młodzieńcza miłość. Może to też miało swój klucz w tym wszystkim, kto wie. Kurczę, sama nie wiem co mam tutaj napisać bo to była na prawdę piękna historia, i mam wrażenie że kiedy chcę dać coś od siebie to moje słowa są zbyt banalne. Epilog ... miałam łzy w oczach! Wspomniałam na początku smutnym zakończeniu, i był taki pół na pół. To smutne bo po wypadku miała problemy ze zdrowiem a co najgorsze z pamięcią i nie mogła w pełni cieszyć się swoim życiem. Ale piękne było to że mimo wszystko jej dawna cząstka chciała mieć Matteo przy sobie i dzięki temu sprawiła mu ogromną radość. To aż niewyobrażalne, ale wzruszające i piękne. Po za tym miała szczęście mając takich przyjaciół przy sobie, aż pozazdrościć w obecnym świecie :)
OdpowiedzUsuńCo mogę powiedzieć więcej? Cieszę się że miałam przyjemność przeczytać tą historię, była jedną z najlepszych jakie do tej pory "połknęłam" :)
A ja tu nadal nie skomentowałam!
OdpowiedzUsuńPisałam coś wcześniej o wpadnięciu pod auto? Taaaa... Można by w tym momencie zastanawiać się, czy gdyby nie uciekła, to wszystko by się tak nie potoczyło, ale skoro mafia chciała ją "sprzątnąć", to pewnie prędzej czy później by się to stało... Od wątku mafii zaczynała się cała historia Vittorii (chociaż w opowiadaniu pojawił się później) i w epilogu prawie że przez niech nie skończyła.
Piękne jest to, że pomimo trudności i problemów, Matteo i przyjaciele jej nie opuścili, tylko wspierali i cierpliwie wytrzymywali wszystko, chociaż od początku mieli z nią ciężko, a teraz jeszcze ciężej. I to nie kwestia tego, że to byli prawdziwi przyjaciele a nie tacy na chwilę, dopóki jest dobrze, a przy problemach odwracają się i idą w swoją stronę, tylko po prostu nie każdy radzi sobie z taką sytuacją. Wiele jest smutnych historii z życia wziętych, jak po wypadkach czy chorobach bliscy nie potrafili poradzić sobie z tym wszystkim, przytłoczeni sytuacją, zwłaszcza jeśli sam chory nie pomaga, tylko odreagowuje wszystko na nich... i nie można wtedy mieć pretensji i żalu do takich osób, że mimo dobrych chęci po prostu nie dają sobie rady. Dlatego tacy przyjaciele to prawdziwy skarb. Bo ma się pewność, że cokolwiek by się nie działo, to oni będą obok, będą wsparciem, którego tak często potrzebujemy.
I na tym zakończę.
Do przeczytania!
Cześć.
OdpowiedzUsuńSerdecznie zapraszam Cię na http://gryze-sie-we-wlasny-oddech.blogspot.com/
gdzie właśnie pojawił się prolog drugiej części moja-podswiadomosc-sie-rumieni.blogspot.com
Zapraszam!