„Kiedy przyjdzie moja
towarzyszka? Umieram z nudów. Ja chcę do domu.
Pomóż!”
Właśnie takiego sms otrzymała z chwilą, kiedy przekraczała próg szpitala. Z chwilą, gdy przyjęli go do podleczenia, wymienili się numerami i wisieli na telefonie przez cały czas. Zwiedzając wysyłała mu śmieszne wiadomości, a on zazdrościł, stwierdzając, że jak tylko wyjdzie to będzie nadrabiał, zabierając ją w różne nieodkryte jeszcze miejsca.
Pamiętała, że tak też działo się z Thomasem, który jakby po tym sparingu trochę odpuścił. Nie, że się kompletnie nie odzywał, ale nie pisali non stop. Nie miała jednak do niego pretensji, wiedziała, że kadra była w tej chwili najważniejsza. Zresztą trzymała mocno kciuki, nawet jeśli była to ta druga – bo kadra B.
Chrząknęła poprawiając torebkę na ramieniu i powoli weszła do sali siatkarza. Zawsze miała wrażenie, że kogoś tam zastanie, ale jak zawsze przy jego łóżku nie było kompletnie nikogo. Nie wierzyła w to, że chłopak nie ma wielu dobrych przyjaciół. Jednego przecież zdążyła już poznać i był naprawdę w porządku człowiekiem.
- Nareszcie! - usłyszała jego głos, kiedy szczerze ucieszył się na jej widok. - Przybyłaś, aby mnie uratować! Czytasz mi w myślach, żeby wiedzieć kiedy przyjść?
- Nie schlebiaj sobie. - parsknęła śmiechem. - Wstałam, zdążyłam zrobić zakupy, nawet i dla Ciebie, więc jestem. Jak się czujesz? - zapytała, wypakowując siatki i pokazując mu co kupiła. - Obchód już był?
- Tak, był. Lekarz stwierdził, ze wszystko jest na dobrej drodze. - pokiwał głową. - Później już tylko rehabilitacja i powoli będę wracał do treningów.
Właśnie takiego sms otrzymała z chwilą, kiedy przekraczała próg szpitala. Z chwilą, gdy przyjęli go do podleczenia, wymienili się numerami i wisieli na telefonie przez cały czas. Zwiedzając wysyłała mu śmieszne wiadomości, a on zazdrościł, stwierdzając, że jak tylko wyjdzie to będzie nadrabiał, zabierając ją w różne nieodkryte jeszcze miejsca.
Pamiętała, że tak też działo się z Thomasem, który jakby po tym sparingu trochę odpuścił. Nie, że się kompletnie nie odzywał, ale nie pisali non stop. Nie miała jednak do niego pretensji, wiedziała, że kadra była w tej chwili najważniejsza. Zresztą trzymała mocno kciuki, nawet jeśli była to ta druga – bo kadra B.
Chrząknęła poprawiając torebkę na ramieniu i powoli weszła do sali siatkarza. Zawsze miała wrażenie, że kogoś tam zastanie, ale jak zawsze przy jego łóżku nie było kompletnie nikogo. Nie wierzyła w to, że chłopak nie ma wielu dobrych przyjaciół. Jednego przecież zdążyła już poznać i był naprawdę w porządku człowiekiem.
- Nareszcie! - usłyszała jego głos, kiedy szczerze ucieszył się na jej widok. - Przybyłaś, aby mnie uratować! Czytasz mi w myślach, żeby wiedzieć kiedy przyjść?
- Nie schlebiaj sobie. - parsknęła śmiechem. - Wstałam, zdążyłam zrobić zakupy, nawet i dla Ciebie, więc jestem. Jak się czujesz? - zapytała, wypakowując siatki i pokazując mu co kupiła. - Obchód już był?
- Tak, był. Lekarz stwierdził, ze wszystko jest na dobrej drodze. - pokiwał głową. - Później już tylko rehabilitacja i powoli będę wracał do treningów.
- Bardzo się cieszę. -
uśmiechnęła się do niego. - No, a teraz zjedz owocka. Chyba nie
nadaremno szłam do tego sklepu?
- Robisz mi zapasy jakbym tu miał siedzieć i siedzieć. - pokręcił głową. - Za niedługo wychodzę.
- Ty narwańcu, jeszcze nigdzie Cię nie puszczą. Jedz owocka i nie gadaj głupot.
Wiedziała, że zdecydowanie wolałby być daleko stąd. Poznała jego strach przed tym miejscem i przed tym, co tutaj miało się z nim dziać. Z każdą chwilą, kiedy tylko było z nim lepiej, wiedziała, że ma ochotę wypisać się na żądanie.
- Zjesz ze mną, prawda? - westchnęła, kiedy pod nos podetknął jej banana. - Nie daj się prosić. Jedz. Pewnie znowu nie znalazłaś czasu na śniadanie. - wzruszyła ramionami. - No, no. Mam się pogniewać?
- Jest taka różnica między mną, a Tobą. Ty śniadania masz w diecie, ja nie posiadam diety. - roześmiała się, a on pokazał jej na resztę reklamówek. - No chyba śnisz. To są Twoje owoce.
- Bo się pogniewamy i nie będzie tak miło. - stwierdził, a ona już miała mu coś odszczeknąć, kiedy w drzwiach usłyszeli „cześć, cześć chłopaku!”
Oboje w momencie skierowali głowy w stronę drzwi – a to, kogo tam zobaczyli niesamowicie ich zaskoczyło. Vittorię dlatego, że jednak nie spodziewała się żadnego gościa, zwłaszcza, że Matteo leżał tutaj już trochę czasu i to ona spędzała tutaj najwięcej czasu. Matteo, przy niej wyglądał jakby zobaczył ducha. Był niezmiernie zdziwiony, mało brakowało, a trzeba by mu było zamykać szczękę znajdującą się na podłodze. Znał tą kobietę i czuć było w powietrzu, że ich relacja była bardzo dobra.
- O i cześć koleżanko chłopaka? - na chwilę została zbita z rytmu, ale to nie przeszkadzało jej w tym, aby zaraz powrócić na odpowiednią drogę. - Jak się czujesz Matte? Nie przedstawisz mnie?
- Przedstawię. - mruknął. - Vittoria, to moja... koleżanka Martina. Martina, to Vittoria moja... przyjaciółka. - ewidentnie w jego głosie słychać było zawahanie w tych dwóch przypadkach. Obie zerknęły na siebie, ale kiwnęły sobie głowami. Vittoria jednak nie ruszyła się z miejsca, które właśnie zajmowała. - Co Ty tutaj robisz?
- No jak to co? Przyjechałam Cię odwiedzić.
- Ale po co? Mówiłem, że...
- Tak, tak. Dasz radę. Ja wiem. Tylko pamiętam Twoją reakcję, kiedy mi o tym powiedziałeś. - mruknęła, mierząc wzrokiem dziewczynę. - Więc jak się czujesz? Kiedy będziesz normalnie funkcjonował?
- Przecież funkcjonuję.
- No jako tako. A tak normalnie? Z nami, Twoimi przyjaciółmi? Nawet nie dałeś znaku jak poszło, co i jak. Tak zajęty jesteś nową koleżanką?
- Martina...
- A co? Nie mówię prawdy? Dobrze wiesz jak jest Matteo. Sezon się zakończył i co? Całkiem inny Piano. W domu jeszcze Cię poznają?
- Może ja już...
- Nie, nie kochana. Nie musisz. - powiedziała słodko, słysząc wtrącenie się dziewczyny. - Ale jeśli chcesz, to proszę bardzo. Droga wolna.
- Raczej chciałam tylko przejść do bufetu i...
- Cudownie! Poproszę wodę, kup mi uprzejmie. Matteo Ci odda ze swoich, może być? Niestety nie mam dziś ze sobą portfela. Dobrze siatkarzyku?
- Martina...
- No co. Niech idzie, a my chwilę sobie porozmawiamy od serca. Aha, koleżanko jak będziesz wracać to zapukaj do drzwi, dobrze? Nie wiadomo co tutaj zastaniesz. - zachichotała dziewczyna, na którą Vittoria spojrzała z żalem, a Matteo siedział jakby chciał ją przeprosić, jednak nie zrobił niczego. Dlatego bez słowa odeszła, a kiedy usłyszała, że na nią nadaje, stwierdziła, że tutaj nie wróci. Właściwie, to by był dobry pomysł. Wrócić w końcu do domu.
„Dlaczego nie wróciłaś? Nawet się nie pożegnałaś.”
„A co? Twoja dziewczyna tak bardzo potrzebowała wody?”
„To nie moja dziewczyna.”
„To nie moja sprawa.”
„To długa historia. Kiedyś Ci ją opowiem.”
„Nie musisz się trudzić, bo dlaczego byś miał?”
„Naprawdę kiedyś Ci ją opowiem. Gdzie teraz jesteś?”
„Wciąż we Włoszech.”
„Bardzo zabawne, haha. Napiszesz jak wrócisz?”
„Dlaczego Cię to obchodzi?”
„Bo jednak pojechałaś tam ze mną, więc czuję się w pewien sposób odpowiedzialny.”
„Nie musisz. Powiedzmy, że jestem już w domu.”
„Mogę zadzwonić?”
Zobaczyła ostatnie słowa i jakby nie czekając na jej odpowiedź, zaraz pojawiło się nadchodzące połączenie od niego. Westchnęła, ale zignorowała dzwoniący telefon po prostu wrzucając go do torebki.
Czuła się jak gość. Właściwie to nim była, ale czuła, że czas na zmianę. Nie wiedziała dlaczego, po prostu miała takie przeczucie. Fakt, wypłynęło to nagle, wszystko jakby po dzisiejszym dniu. Miała nadzieję, że to dobry pomysł. Nie było z nią najgorzej, bo Julia jak już to pojawiała się tylko na momencik. Powoli znów wdrażała się we włoską specyfikę, bo trochę czas spędzony w Polsce oduczył jej odpowiednich zachowań w kilku sytuacjach.
Zapukała do drzwi, ale długo jej nikt nie otwierał. Spróbowała ponownie, modląc się, żeby ktoś był w domu. Zachrzaniła tymi kluczami, wiedziała to. Czuła się kiepsko, że traktowała mieszkanie z przyjaciółmi jak hotel, bo częściej jej nie było, niż była. Miała z nimi stały kontakt, jednak nie czuła się z tym wszystkim w porządku.
Tym razem postanowiła już nacisnąć dzwonek znajdujący się przy drzwiach, ale właśnie w tym momencie otworzyła jej Sara. Nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że stała tam, cała rozpłakana i z potarganymi włosami.
- Ach, to Ty. - usłyszała.
- Tak, to ja. - szepnęła widocznie zawstydzona. - Ja przepraszam, ale powiedz mi najpierw co się stało? Sara? - ponagliła ją, widząc, że dziewczyna jeszcze bardziej się rozpłakała.
- Oświadczył mi się. - pokazała pierścionek, starając się uśmiechnąć, ale łzy wciąż wypływały jej do oczu.
- Ale to chyba dobrze?
- Dobrze? Dobrze?! - włoszka zaczęła krzyczeć. - To wspaniale! Jestem taka szczęśliwa, że mogę tylko płakać. Już się bałam, że nigdy tego nie zrobi, a tu, w naszą rocznicę...
- Macie dzisiaj rocznicę?! - krzyknęła i Vittoria. - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś, żeby się ulotnić? Sara no przecież...
- Przecież to nasze wspólne mieszkanie. - wzruszyła ramionami Sara, przerywając jej jakby to była oczywista oczywistość. - Ale co? Nie pogratulujesz mi?
- Ależ jasne, że pogratuluję! Chodź tutaj kochana!
- Ale nie przez próg, wchodź! - mruknęła, przyciągając ją do siebie i tuląc do siebie mocno. - A wiesz... Bo skoro jesteś pierwsza, która się o tym dowiedziała to... Muszę Cię o to zapytać.
- Chyba się już boję. - mruknęła Vitt, ale przyjaciółka tylko zachichotała. - No mów.
- Nie bój się, po prostu... Zostaniesz naszą świadkową? - w tym momencie poczuła się jakby ktoś strzelił jej w twarz. Oderwała się od przyjaciółki i spojrzała na nią zaskoczona. Wydawało jej się, że nagle ma coś nie tak ze słuchem. Nie wiedziała co ma powiedzieć, a tylko zaczęła piszczeć, a potem nagle łzy zaczęły spływać z oczu i jakoś nie za bardzo potrafiła je powstrzymać. Płakała jak bóbr, niczym Sara, otwierająca jej drzwi. I za nic nie mogła się uspokoić, nawet kiedy Alessandro stał opierając się o drzwi i mówił coś do nich obydwu.
W tamtym momencie nie było to ważne, bo najważniejsze było to, że mogła cieszyć się ze szczęścia przyjaciół. I miała nadzieję, że zdąży jeszcze zatańczyć na ich weselu. Ale skoro padła taka propozycja no to chyba chcieli się uwinąć. Ona mogłaby odprowadzić ich do ołtarza choćby i jutro. Przecież sukienkę już ma. Tą żółtą od Matteo. Tylko jego jakoś obok siebie nie za bardzo widziała.
***
Udało się! Trochę czasu udało mi się „złapać” i powstał taki sobie o, rozdzialik. Nie ma sielanki, oj nie ma. Takim „etapem” również zakończymy rok 2015 w tej historii. Następny odcinek już w roku 2016. Dlatego też chciałabym Wam życzyć Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku! I oczywiście żeby 2016 był zdecydowanie lepszy od 2015. Dużo sukcesów! A jeśli chodzi o nie to trzymajcie się swoich postanowień, żeby za rok o tej porze znów spojrzeć na wszystko co się działo i powiedzieć: Udało mi się!
I najważniejsze na sam koniec ;) Dzięki za to, że byłyście tutaj ze mną w tej części 2015 roku!
Pozdrawiam serdecznie i całuję!
Do zobaczenia „za rok” ;)
- Robisz mi zapasy jakbym tu miał siedzieć i siedzieć. - pokręcił głową. - Za niedługo wychodzę.
- Ty narwańcu, jeszcze nigdzie Cię nie puszczą. Jedz owocka i nie gadaj głupot.
Wiedziała, że zdecydowanie wolałby być daleko stąd. Poznała jego strach przed tym miejscem i przed tym, co tutaj miało się z nim dziać. Z każdą chwilą, kiedy tylko było z nim lepiej, wiedziała, że ma ochotę wypisać się na żądanie.
- Zjesz ze mną, prawda? - westchnęła, kiedy pod nos podetknął jej banana. - Nie daj się prosić. Jedz. Pewnie znowu nie znalazłaś czasu na śniadanie. - wzruszyła ramionami. - No, no. Mam się pogniewać?
- Jest taka różnica między mną, a Tobą. Ty śniadania masz w diecie, ja nie posiadam diety. - roześmiała się, a on pokazał jej na resztę reklamówek. - No chyba śnisz. To są Twoje owoce.
- Bo się pogniewamy i nie będzie tak miło. - stwierdził, a ona już miała mu coś odszczeknąć, kiedy w drzwiach usłyszeli „cześć, cześć chłopaku!”
Oboje w momencie skierowali głowy w stronę drzwi – a to, kogo tam zobaczyli niesamowicie ich zaskoczyło. Vittorię dlatego, że jednak nie spodziewała się żadnego gościa, zwłaszcza, że Matteo leżał tutaj już trochę czasu i to ona spędzała tutaj najwięcej czasu. Matteo, przy niej wyglądał jakby zobaczył ducha. Był niezmiernie zdziwiony, mało brakowało, a trzeba by mu było zamykać szczękę znajdującą się na podłodze. Znał tą kobietę i czuć było w powietrzu, że ich relacja była bardzo dobra.
- O i cześć koleżanko chłopaka? - na chwilę została zbita z rytmu, ale to nie przeszkadzało jej w tym, aby zaraz powrócić na odpowiednią drogę. - Jak się czujesz Matte? Nie przedstawisz mnie?
- Przedstawię. - mruknął. - Vittoria, to moja... koleżanka Martina. Martina, to Vittoria moja... przyjaciółka. - ewidentnie w jego głosie słychać było zawahanie w tych dwóch przypadkach. Obie zerknęły na siebie, ale kiwnęły sobie głowami. Vittoria jednak nie ruszyła się z miejsca, które właśnie zajmowała. - Co Ty tutaj robisz?
- No jak to co? Przyjechałam Cię odwiedzić.
- Ale po co? Mówiłem, że...
- Tak, tak. Dasz radę. Ja wiem. Tylko pamiętam Twoją reakcję, kiedy mi o tym powiedziałeś. - mruknęła, mierząc wzrokiem dziewczynę. - Więc jak się czujesz? Kiedy będziesz normalnie funkcjonował?
- Przecież funkcjonuję.
- No jako tako. A tak normalnie? Z nami, Twoimi przyjaciółmi? Nawet nie dałeś znaku jak poszło, co i jak. Tak zajęty jesteś nową koleżanką?
- Martina...
- A co? Nie mówię prawdy? Dobrze wiesz jak jest Matteo. Sezon się zakończył i co? Całkiem inny Piano. W domu jeszcze Cię poznają?
- Może ja już...
- Nie, nie kochana. Nie musisz. - powiedziała słodko, słysząc wtrącenie się dziewczyny. - Ale jeśli chcesz, to proszę bardzo. Droga wolna.
- Raczej chciałam tylko przejść do bufetu i...
- Cudownie! Poproszę wodę, kup mi uprzejmie. Matteo Ci odda ze swoich, może być? Niestety nie mam dziś ze sobą portfela. Dobrze siatkarzyku?
- Martina...
- No co. Niech idzie, a my chwilę sobie porozmawiamy od serca. Aha, koleżanko jak będziesz wracać to zapukaj do drzwi, dobrze? Nie wiadomo co tutaj zastaniesz. - zachichotała dziewczyna, na którą Vittoria spojrzała z żalem, a Matteo siedział jakby chciał ją przeprosić, jednak nie zrobił niczego. Dlatego bez słowa odeszła, a kiedy usłyszała, że na nią nadaje, stwierdziła, że tutaj nie wróci. Właściwie, to by był dobry pomysł. Wrócić w końcu do domu.
„Dlaczego nie wróciłaś? Nawet się nie pożegnałaś.”
„A co? Twoja dziewczyna tak bardzo potrzebowała wody?”
„To nie moja dziewczyna.”
„To nie moja sprawa.”
„To długa historia. Kiedyś Ci ją opowiem.”
„Nie musisz się trudzić, bo dlaczego byś miał?”
„Naprawdę kiedyś Ci ją opowiem. Gdzie teraz jesteś?”
„Wciąż we Włoszech.”
„Bardzo zabawne, haha. Napiszesz jak wrócisz?”
„Dlaczego Cię to obchodzi?”
„Bo jednak pojechałaś tam ze mną, więc czuję się w pewien sposób odpowiedzialny.”
„Nie musisz. Powiedzmy, że jestem już w domu.”
„Mogę zadzwonić?”
Zobaczyła ostatnie słowa i jakby nie czekając na jej odpowiedź, zaraz pojawiło się nadchodzące połączenie od niego. Westchnęła, ale zignorowała dzwoniący telefon po prostu wrzucając go do torebki.
Czuła się jak gość. Właściwie to nim była, ale czuła, że czas na zmianę. Nie wiedziała dlaczego, po prostu miała takie przeczucie. Fakt, wypłynęło to nagle, wszystko jakby po dzisiejszym dniu. Miała nadzieję, że to dobry pomysł. Nie było z nią najgorzej, bo Julia jak już to pojawiała się tylko na momencik. Powoli znów wdrażała się we włoską specyfikę, bo trochę czas spędzony w Polsce oduczył jej odpowiednich zachowań w kilku sytuacjach.
Zapukała do drzwi, ale długo jej nikt nie otwierał. Spróbowała ponownie, modląc się, żeby ktoś był w domu. Zachrzaniła tymi kluczami, wiedziała to. Czuła się kiepsko, że traktowała mieszkanie z przyjaciółmi jak hotel, bo częściej jej nie było, niż była. Miała z nimi stały kontakt, jednak nie czuła się z tym wszystkim w porządku.
Tym razem postanowiła już nacisnąć dzwonek znajdujący się przy drzwiach, ale właśnie w tym momencie otworzyła jej Sara. Nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że stała tam, cała rozpłakana i z potarganymi włosami.
- Ach, to Ty. - usłyszała.
- Tak, to ja. - szepnęła widocznie zawstydzona. - Ja przepraszam, ale powiedz mi najpierw co się stało? Sara? - ponagliła ją, widząc, że dziewczyna jeszcze bardziej się rozpłakała.
- Oświadczył mi się. - pokazała pierścionek, starając się uśmiechnąć, ale łzy wciąż wypływały jej do oczu.
- Ale to chyba dobrze?
- Dobrze? Dobrze?! - włoszka zaczęła krzyczeć. - To wspaniale! Jestem taka szczęśliwa, że mogę tylko płakać. Już się bałam, że nigdy tego nie zrobi, a tu, w naszą rocznicę...
- Macie dzisiaj rocznicę?! - krzyknęła i Vittoria. - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś, żeby się ulotnić? Sara no przecież...
- Przecież to nasze wspólne mieszkanie. - wzruszyła ramionami Sara, przerywając jej jakby to była oczywista oczywistość. - Ale co? Nie pogratulujesz mi?
- Ależ jasne, że pogratuluję! Chodź tutaj kochana!
- Ale nie przez próg, wchodź! - mruknęła, przyciągając ją do siebie i tuląc do siebie mocno. - A wiesz... Bo skoro jesteś pierwsza, która się o tym dowiedziała to... Muszę Cię o to zapytać.
- Chyba się już boję. - mruknęła Vitt, ale przyjaciółka tylko zachichotała. - No mów.
- Nie bój się, po prostu... Zostaniesz naszą świadkową? - w tym momencie poczuła się jakby ktoś strzelił jej w twarz. Oderwała się od przyjaciółki i spojrzała na nią zaskoczona. Wydawało jej się, że nagle ma coś nie tak ze słuchem. Nie wiedziała co ma powiedzieć, a tylko zaczęła piszczeć, a potem nagle łzy zaczęły spływać z oczu i jakoś nie za bardzo potrafiła je powstrzymać. Płakała jak bóbr, niczym Sara, otwierająca jej drzwi. I za nic nie mogła się uspokoić, nawet kiedy Alessandro stał opierając się o drzwi i mówił coś do nich obydwu.
W tamtym momencie nie było to ważne, bo najważniejsze było to, że mogła cieszyć się ze szczęścia przyjaciół. I miała nadzieję, że zdąży jeszcze zatańczyć na ich weselu. Ale skoro padła taka propozycja no to chyba chcieli się uwinąć. Ona mogłaby odprowadzić ich do ołtarza choćby i jutro. Przecież sukienkę już ma. Tą żółtą od Matteo. Tylko jego jakoś obok siebie nie za bardzo widziała.
***
Udało się! Trochę czasu udało mi się „złapać” i powstał taki sobie o, rozdzialik. Nie ma sielanki, oj nie ma. Takim „etapem” również zakończymy rok 2015 w tej historii. Następny odcinek już w roku 2016. Dlatego też chciałabym Wam życzyć Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku! I oczywiście żeby 2016 był zdecydowanie lepszy od 2015. Dużo sukcesów! A jeśli chodzi o nie to trzymajcie się swoich postanowień, żeby za rok o tej porze znów spojrzeć na wszystko co się działo i powiedzieć: Udało mi się!
I najważniejsze na sam koniec ;) Dzięki za to, że byłyście tutaj ze mną w tej części 2015 roku!
Pozdrawiam serdecznie i całuję!
Do zobaczenia „za rok” ;)
No nieee, dlaczego w takich sytuacjach dziewczyny uwielbiają bawić się w sceny z melodramatów i nie odbierają telefonów, nie chcą wyjaśnić całej sprawy? ;) No przecież Matteo na pewno nie zaczynałby czegoś z Vitt gdyby miał na boku kogoś jeszcze. Po tych kilkunastu już rozdziałach przedstawia się raczej jako sympatyczny chłopak, a nie Don Juan czy tam jakiś inny Casanova :D Vittoria powinna trochę spuścić z tonu i schować tą głupią babską dumę do kieszeni. Jasne, trochę mogła się wkurzyć albo poczuć niezręcznie. Ale skoro Piano mówi - wyjaśnię - to wyjaśni, o! Fajnie że odbędzie się jakiś ślub, bardzo lubię śluby :) Nie podałaś jeszcze żadnych szczegółów dotyczących wyglądu sukienki Vitt, ale mam nadzieję że kiedy już ją otrzyma podarujesz i nam jakiś fajny opis jak dokładnie ją sobie wyobrażasz :D Lub raczej - jak Matteo ją sobie wyobrażał. Ciekawi mnie wizja idealnej sukienki według faceta. Patrząc na głupie stereotypy, powinna być krótka i wydekoltowana, ale Piano którego tu stworzyłaś jest grzecznym chłopcem. Coś czuję że jego projekt był wesoły i skromny ^^ A na 2016 rok życzę Ci przede wszystkim radości z tego co już masz i wytrwałości w dążeniu po nowe :) I, czego życzę z tej okazji wszystkim, żebyś nigdy niczego nie żałowała, a ze wszystkiego starała się wyciągnąć coś dobrego. No i czasu i pomysłów na pisanie dalszych losów Vittorii! Uściski :*
OdpowiedzUsuń