Przebudziła się słysząc jakieś
jęczenie, ale kiedy podniosła się nieco z łóżka i
wytężyła słuch, nic takiego nie miało miejsca. Dopiero kiedy
odwróciła się na drugą stronę usłyszała jakiś syk.
- Matteo? - zawołała cicho.
- Tak? - zapytał dziwnie. - Co się stało?
- Słyszałeś to? - zagaiła. - Syczenie i jęczenie?
- Nie, nie słyszałem. - odezwał się. - Śpij, to pewnie nic takiego.
- Dobrze, przepraszam. - poprawiła głowę na poduszce i zamknęła oczy.
- Ała! Oj, ałć... - gwałtownie otworzyła oczy i niewiele myśląc pobiegła oświecić światło. Kiedy to zrobiła jej oczom ukazał się Matteo leżący na podłodze i trzymający się za nogę. Podbiegła szybko do niego i kucając przed nim spostrzegła, że jest cały czerwony i spocony. - Ałaaa!
- Co się dzieje? Noga? Daj, pomasuję. - zabrała jego rękę i przytknęła mu do nogi swoje dłonie. - To Ty wcześniej syczałeś i jęczałeś. Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Bo nie bolało aż tak. - jęknął. - O Boże...
- Mówiłam, śpij na miękkim, to się uparłeś. Co teraz?
- Masuj czy przyciskaj dłońmi, nie wiem. To musi przejść. - jęczał. - Mocniej, nie martw się.
- Ile Ty to właściwie masz?
- Co parę nocy. Dlatego nie jeżdżę też samochodem. - wyjaśnił.
- Lepiej trochę? - zapytała po chwili, kiedy jego twarz nie była już taka czerwona, a on pokiwał głową. - Jesteś cały mokry. Przyniosę Ci ręcznik i dam pić, poczekaj. Masuj chwilę sam. - za chwilę wróciła z suchym ręcznikiem i zaczęła wycierać mu twarz, szyję. - Ściągnę Ci koszulkę dobrze? Wytrę Cię. - pokiwał głową i dźwignął ręce, bo koszulka mogła przejść. Jak mokrą szmatę odrzuciła za siebie. - Zamiast mnie posłuchać...
- Jestem Włochem. - mruknął. - Znasz to.
- Wiem, wiem. Pij teraz. - podała mu wodę mineralną.
- Która godzina?
- Właśnie nie wiem, sprawdzę. - dźwignęła się znowu do telefonu, który leżał przy łóżku. - Po 6. Ile się tak męczyłeś?
- Nie wiem nawet. - jęknął. - Ale zaraz trzeba wstać.
- No nie takie zaraz. - uśmiechnęła się. - Możesz wstać? Bo przeszedłbyś na łóżko.
- A Ty?
- Już Cię z oka nie spuszczę. Chodź. Chyba, że chcesz wziąć prysznic. - pokręcił głową. - Dobra, weźmiesz przed śniadaniem. Wstawaj. - powiedziała i podała mu rękę, prowadząc do łóżka. Kiedy on się kładł, zabrała poduszkę z podłogi i podała mu telefon. Sama ulokowała się po drugiej stronie i oparła głowę na ręce. - Wystraszyłeś mnie.
- Więc jesteśmy kwita. - uśmiechnął się znowu, jakby to było coś zabawnego.
- Nasze przygody zawsze muszą dziać się w nocy? - roześmiała się, a ten zawtórował. - Jakkolwiek to brzmi zresztą. - dodała, a ten już nie mógł opanować śmiechu.
- Wiesz, jeśli chcesz to...
- Nie dałbyś mi rady. - stwierdziła, ocierając łzy płynące ze śmiechu. - I ani tego nie próbuj.
- A to mogę? - zapytał, pochylając się nad nią i zaczynając gilgotać. - Tylko nie piszcz, bo jest 7 rano.
- I tak zaraz stąd wyjeżdżamy, więc nie mogą nas wyrzucić. - wysapała, próbując być cicho, kiedy chłopak drażnił się z nią. - Mam zmienić zdanie, żebyś przestał?
- Tak myślę.
- Poważnie myślisz, że tego spróbujesz? - prychnęła, spoglądając na niego z podejrzeniem.
- Wcześniej niż myślisz. - rzucił.
- Ostatnio mówiłeś, że masz dziewczynę. - przypomniała mu, a ten zawisnął nad nią. - Nie masz?
- Myślisz, że facet przyzna się, że jest sam? To jest ujma.
- I ja jeszcze znajduję się z Tobą w jednym łóżku?
- No popatrz, chyba zawędrowałem najdalej ze wszystkich?
- Oprócz...
- Nie mówię o nim. Mówię o reszcie. Jestem najbliżej? - dociekał, a ona za bardzo nie wiedziała co mu odpowiedzieć.
- Matteo...
- Po prostu pytam. Tak albo nie, bez oceniania.
- Tak.
- No widzisz, więc jeżeli tak, to będę jeszcze bliżej. - stwierdził po prostu, w stu procentach przekonany tego, co właśnie powiedział. - Czas wziąć prysznic, pójdziemy wcześniej na śniadanie.
- Wiesz, że czasem jesteś...
- Typowem Włochem? Wiem mieszańcu. - puścił oczko, przypominając o tym, że mama była Polką, a ojciec Włochem. - Zaraz do Ciebie wrócę.
- A mogę Cię o coś zapytać? - zapytała właśnie zaraz po tym jak wyszedł z łazienki. Kiwnął głową i przysiadł się na łóżku, wycierając w ręcznik włosy. - Bo, dlaczego wtedy powiedziałeś, że znam Twoją tajemnicę?
- Bo ją znasz. - wzruszył ramionami. - Co miałem niby odpowiedzieć.
- Ale ja właśnie nic...
- Zgadłaś, że dziewczyna. - uśmiechnął się, kiwając głową. - Tylko, że różnica jest taka, że jesteś ostrzejsza niż ona, może i silniejsza. I przede wszystkim od Ciebie nie da się oderwać, masz coś takiego, że... Nie powinienem tego mówić po takiej nocy. - chrząknął. - Po prostu nie wiem, masz jakąś magię?
- A co się z nią stało? To znaczy tak pytam tylko, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać...
- Mogę poznać Cię bardziej? - zapytał nagle, po chwili ciszy. - To znaczy jako człowieka, jako przyjaciółkę?
- A myślisz, że nimi jesteśmy? Przyjaciółmi?
- To znaczy, tak mi się wydaje, że możemy nimi być. Byle kogo się nie ratuje? - zapytał.
- Tak, byle kogo się nie ratuje. - uśmiechnęła się. - I muszę przyznać Ci rację. Myślę, że możemy być przyjaciółmi. Nie dobierasz się, nikt o nic Cię nie prosi, ale jesteś. Tak jak wczoraj na przykład.
- Obiecałem, że będę, więc jestem. Dlatego jeżeli mam Ci to opowiedzieć to potrzebowałbym znać Cię dłużej – stwierdził, a ona pokiwała głową. - Ale przyszła przyjaciółko, do łazienki marsz! Chyba chcemy zdążyć na śniadanie?
- Faktycznie! - krzyknęła i biegiem znalazła się przy swojej torebce. Zabrała potrzebne rzeczy, ale w drodze do łazienki wypadła jej jedna rzecz.
- No, no. Nie próżnujesz. Bardzo ładne. - podał jej malutką rzecz z wielkim uśmiechem.
- Odwołuję to, co powiedziałam o tym, że się nie dobierasz! Zostaw moją bieliznę! - śmiała się. - Już Ci powiedziałam, że Ci się nie uda.
- O kochana, będę je ściągał szybciej niż myślisz. - wystawił język, zaplatając ręce na piersi. - Od przyjaźni się zaczyna. Zobaczysz, gdzie ze mną skończysz.
- Już nie sugeruj, że taki dobry jesteś. - przygryzła wargę chcąc go sprowokować.
- Wciąż jesteśmy w pokoju hotelowym, więc nie zapominaj się. - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Wciąż możesz jęczeć.
- Chyba z bólu głowy, jeśli nie przestaniesz mi marudzić nad uchem. - puściła mu oczko i zniknęła za drzwiami łazienki.
- Poczekaj, zrobię Ci kanapkę! - usłyszała jego pomysł i przekręciła oczami. - No ale mi też zrób!
- Jeszcze czego!
- No weź, chcesz żebym chodził głodny? Zrób mi. - spojrzał na nią, a ona trzepnęła go w ramię. - Jakąś fajną! - dodał, kiedy widział, że zabiera się do pracy.
- Po pierwszym spotkaniu nie pomyślałabym, że jesteś taki. - stwierdziła nagle, kiedy omiotła stolik wzrokiem. - Jesteś naprawdę spoko i nie wiem co mi wtedy odbijało, ale...
- Czułaś, że mam tajemnicę, może? Albo Julia?
- Całkiem możliwe, tak. - pokiwała głową, spoglądając na niego. - Dzięki Tobie jej nie ma. To znaczy...
- Matteo? - zawołała cicho.
- Tak? - zapytał dziwnie. - Co się stało?
- Słyszałeś to? - zagaiła. - Syczenie i jęczenie?
- Nie, nie słyszałem. - odezwał się. - Śpij, to pewnie nic takiego.
- Dobrze, przepraszam. - poprawiła głowę na poduszce i zamknęła oczy.
- Ała! Oj, ałć... - gwałtownie otworzyła oczy i niewiele myśląc pobiegła oświecić światło. Kiedy to zrobiła jej oczom ukazał się Matteo leżący na podłodze i trzymający się za nogę. Podbiegła szybko do niego i kucając przed nim spostrzegła, że jest cały czerwony i spocony. - Ałaaa!
- Co się dzieje? Noga? Daj, pomasuję. - zabrała jego rękę i przytknęła mu do nogi swoje dłonie. - To Ty wcześniej syczałeś i jęczałeś. Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Bo nie bolało aż tak. - jęknął. - O Boże...
- Mówiłam, śpij na miękkim, to się uparłeś. Co teraz?
- Masuj czy przyciskaj dłońmi, nie wiem. To musi przejść. - jęczał. - Mocniej, nie martw się.
- Ile Ty to właściwie masz?
- Co parę nocy. Dlatego nie jeżdżę też samochodem. - wyjaśnił.
- Lepiej trochę? - zapytała po chwili, kiedy jego twarz nie była już taka czerwona, a on pokiwał głową. - Jesteś cały mokry. Przyniosę Ci ręcznik i dam pić, poczekaj. Masuj chwilę sam. - za chwilę wróciła z suchym ręcznikiem i zaczęła wycierać mu twarz, szyję. - Ściągnę Ci koszulkę dobrze? Wytrę Cię. - pokiwał głową i dźwignął ręce, bo koszulka mogła przejść. Jak mokrą szmatę odrzuciła za siebie. - Zamiast mnie posłuchać...
- Jestem Włochem. - mruknął. - Znasz to.
- Wiem, wiem. Pij teraz. - podała mu wodę mineralną.
- Która godzina?
- Właśnie nie wiem, sprawdzę. - dźwignęła się znowu do telefonu, który leżał przy łóżku. - Po 6. Ile się tak męczyłeś?
- Nie wiem nawet. - jęknął. - Ale zaraz trzeba wstać.
- No nie takie zaraz. - uśmiechnęła się. - Możesz wstać? Bo przeszedłbyś na łóżko.
- A Ty?
- Już Cię z oka nie spuszczę. Chodź. Chyba, że chcesz wziąć prysznic. - pokręcił głową. - Dobra, weźmiesz przed śniadaniem. Wstawaj. - powiedziała i podała mu rękę, prowadząc do łóżka. Kiedy on się kładł, zabrała poduszkę z podłogi i podała mu telefon. Sama ulokowała się po drugiej stronie i oparła głowę na ręce. - Wystraszyłeś mnie.
- Więc jesteśmy kwita. - uśmiechnął się znowu, jakby to było coś zabawnego.
- Nasze przygody zawsze muszą dziać się w nocy? - roześmiała się, a ten zawtórował. - Jakkolwiek to brzmi zresztą. - dodała, a ten już nie mógł opanować śmiechu.
- Wiesz, jeśli chcesz to...
- Nie dałbyś mi rady. - stwierdziła, ocierając łzy płynące ze śmiechu. - I ani tego nie próbuj.
- A to mogę? - zapytał, pochylając się nad nią i zaczynając gilgotać. - Tylko nie piszcz, bo jest 7 rano.
- I tak zaraz stąd wyjeżdżamy, więc nie mogą nas wyrzucić. - wysapała, próbując być cicho, kiedy chłopak drażnił się z nią. - Mam zmienić zdanie, żebyś przestał?
- Tak myślę.
- Poważnie myślisz, że tego spróbujesz? - prychnęła, spoglądając na niego z podejrzeniem.
- Wcześniej niż myślisz. - rzucił.
- Ostatnio mówiłeś, że masz dziewczynę. - przypomniała mu, a ten zawisnął nad nią. - Nie masz?
- Myślisz, że facet przyzna się, że jest sam? To jest ujma.
- I ja jeszcze znajduję się z Tobą w jednym łóżku?
- No popatrz, chyba zawędrowałem najdalej ze wszystkich?
- Oprócz...
- Nie mówię o nim. Mówię o reszcie. Jestem najbliżej? - dociekał, a ona za bardzo nie wiedziała co mu odpowiedzieć.
- Matteo...
- Po prostu pytam. Tak albo nie, bez oceniania.
- Tak.
- No widzisz, więc jeżeli tak, to będę jeszcze bliżej. - stwierdził po prostu, w stu procentach przekonany tego, co właśnie powiedział. - Czas wziąć prysznic, pójdziemy wcześniej na śniadanie.
- Wiesz, że czasem jesteś...
- Typowem Włochem? Wiem mieszańcu. - puścił oczko, przypominając o tym, że mama była Polką, a ojciec Włochem. - Zaraz do Ciebie wrócę.
- A mogę Cię o coś zapytać? - zapytała właśnie zaraz po tym jak wyszedł z łazienki. Kiwnął głową i przysiadł się na łóżku, wycierając w ręcznik włosy. - Bo, dlaczego wtedy powiedziałeś, że znam Twoją tajemnicę?
- Bo ją znasz. - wzruszył ramionami. - Co miałem niby odpowiedzieć.
- Ale ja właśnie nic...
- Zgadłaś, że dziewczyna. - uśmiechnął się, kiwając głową. - Tylko, że różnica jest taka, że jesteś ostrzejsza niż ona, może i silniejsza. I przede wszystkim od Ciebie nie da się oderwać, masz coś takiego, że... Nie powinienem tego mówić po takiej nocy. - chrząknął. - Po prostu nie wiem, masz jakąś magię?
- A co się z nią stało? To znaczy tak pytam tylko, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać...
- Mogę poznać Cię bardziej? - zapytał nagle, po chwili ciszy. - To znaczy jako człowieka, jako przyjaciółkę?
- A myślisz, że nimi jesteśmy? Przyjaciółmi?
- To znaczy, tak mi się wydaje, że możemy nimi być. Byle kogo się nie ratuje? - zapytał.
- Tak, byle kogo się nie ratuje. - uśmiechnęła się. - I muszę przyznać Ci rację. Myślę, że możemy być przyjaciółmi. Nie dobierasz się, nikt o nic Cię nie prosi, ale jesteś. Tak jak wczoraj na przykład.
- Obiecałem, że będę, więc jestem. Dlatego jeżeli mam Ci to opowiedzieć to potrzebowałbym znać Cię dłużej – stwierdził, a ona pokiwała głową. - Ale przyszła przyjaciółko, do łazienki marsz! Chyba chcemy zdążyć na śniadanie?
- Faktycznie! - krzyknęła i biegiem znalazła się przy swojej torebce. Zabrała potrzebne rzeczy, ale w drodze do łazienki wypadła jej jedna rzecz.
- No, no. Nie próżnujesz. Bardzo ładne. - podał jej malutką rzecz z wielkim uśmiechem.
- Odwołuję to, co powiedziałam o tym, że się nie dobierasz! Zostaw moją bieliznę! - śmiała się. - Już Ci powiedziałam, że Ci się nie uda.
- O kochana, będę je ściągał szybciej niż myślisz. - wystawił język, zaplatając ręce na piersi. - Od przyjaźni się zaczyna. Zobaczysz, gdzie ze mną skończysz.
- Już nie sugeruj, że taki dobry jesteś. - przygryzła wargę chcąc go sprowokować.
- Wciąż jesteśmy w pokoju hotelowym, więc nie zapominaj się. - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Wciąż możesz jęczeć.
- Chyba z bólu głowy, jeśli nie przestaniesz mi marudzić nad uchem. - puściła mu oczko i zniknęła za drzwiami łazienki.
- Poczekaj, zrobię Ci kanapkę! - usłyszała jego pomysł i przekręciła oczami. - No ale mi też zrób!
- Jeszcze czego!
- No weź, chcesz żebym chodził głodny? Zrób mi. - spojrzał na nią, a ona trzepnęła go w ramię. - Jakąś fajną! - dodał, kiedy widział, że zabiera się do pracy.
- Po pierwszym spotkaniu nie pomyślałabym, że jesteś taki. - stwierdziła nagle, kiedy omiotła stolik wzrokiem. - Jesteś naprawdę spoko i nie wiem co mi wtedy odbijało, ale...
- Czułaś, że mam tajemnicę, może? Albo Julia?
- Całkiem możliwe, tak. - pokiwała głową, spoglądając na niego. - Dzięki Tobie jej nie ma. To znaczy...
-
Ma się kto Tobą opiekować. I na pewno wszyscy woleliby, żeby to
był ktoś, a nie Julia. - stwierdził, westchnąwszy. - Proszę,
kanapka.
Odwrócił talerz i pokazał jej artystyczną kanapkę z łososiem, na którym napisane było „Vitt”. Do tego kawałki papryki z uśmiechami. Uśmiechnęła się i w odpowiedzi pokazała mu jego śniadanie – kanapkę z „M.” oraz serduszkami i żółtymi kwiatuszkami.
- M jak mio? I serduszka i ulubiony żółty kolor. No, no, no...
- Wiesz, że...
- Wiem, wiem. Żartuję tylko. - odpowiedział spokojnie, wgryzając się w kanapkę. - Pamiętaj jednak, że ja nie składam fałszywych obietnic.
Po śniadaniu zestresowana Vittoria stała przed lustrem i poprawiała się. Niby wiedziała, że jedzie do Thomasa, który jest jej przyjacielem i na pewno nie zacznie jej osądzać, bez względu na to, jak teraz wygląda. Ale w jej głowie siedziała reszta kadry, mogąca bez problemu ją ocenić, zwłaszcza że przyjeżdża z Matteo. Z Matteo do Thomasa, no jak to idiotycznie brzmi.
- Wychodź już! Na pewno wyglądasz świetnie! - usłyszała krzyki zza drzwi. W tym momencie czuła się, jakby to był jej chłopak i już niecierpliwił się by ją zobaczyć, ponieważ przez półgodzinie zamknięta w łazience na pewno stała się Miss Italii.
- Jeszcze chwila! - odkrzyknęła i wzięła kilka głębokich oddechów. Trochę bała się tego spotkania. Ich relacja były czysto przyjacielska, nieformalna, nigdy w większej grupce niż kilka osób. Nie chciała by zachowywał się dziwnie tylko dlatego, że jest ich więcej wokół niej. Z jednej strony fakt, rodziny reszty również miały przyjechać, ale ona nie pasowała do tamtego towarzystwa, już to wiedziała. Zresztą, jak niby ją przedstawi? Oni i tak go nie zrozumieją.
- Vittoria, proszę Cię! To nie koniec świata!
- No nie, ale powiedziałeś, że chwila będzie. - wzruszyła ramionami wychodząc z łazienki. - Już jestem gotowa.
- No to idziemy. - stwierdził zabierając rzeczy i zamykając za nimi pokój, by za chwilę oddać klucz na recepcji. Nieustannie coś opowiadał, przy tym śmiejąc się jakby już byli najlepszymi przyjaciółmi.
- Obiecaj mi coś. - zażądała nagle, ponieważ od dłuższej chwili to chłopak wiódł prym w ich rozmowie. - Dobrze?
- O co chodzi? - chłopak aż przystanął zdecydowanie zdumiony jej zachowaniem.
- Jeśli będzie niekomfortowo, czy Thomas będzie się dziwnie zachowywał czy... - wyliczała, a on słuchał uważnie. - To wrócimy do domu, dobrze?
- Ale...
- Wrócimy do domu, obiecaj mi to.
- Obiecuję, że... Będzie dobrze. Nie będzie niekomfortowo, poznasz wszystkich, zobaczysz kadrę od środka. Naprawdę nie ma się czego bać. - uśmiechnął się do niej. - Niby dlaczego tak czujesz?
Odwrócił talerz i pokazał jej artystyczną kanapkę z łososiem, na którym napisane było „Vitt”. Do tego kawałki papryki z uśmiechami. Uśmiechnęła się i w odpowiedzi pokazała mu jego śniadanie – kanapkę z „M.” oraz serduszkami i żółtymi kwiatuszkami.
- M jak mio? I serduszka i ulubiony żółty kolor. No, no, no...
- Wiesz, że...
- Wiem, wiem. Żartuję tylko. - odpowiedział spokojnie, wgryzając się w kanapkę. - Pamiętaj jednak, że ja nie składam fałszywych obietnic.
Po śniadaniu zestresowana Vittoria stała przed lustrem i poprawiała się. Niby wiedziała, że jedzie do Thomasa, który jest jej przyjacielem i na pewno nie zacznie jej osądzać, bez względu na to, jak teraz wygląda. Ale w jej głowie siedziała reszta kadry, mogąca bez problemu ją ocenić, zwłaszcza że przyjeżdża z Matteo. Z Matteo do Thomasa, no jak to idiotycznie brzmi.
- Wychodź już! Na pewno wyglądasz świetnie! - usłyszała krzyki zza drzwi. W tym momencie czuła się, jakby to był jej chłopak i już niecierpliwił się by ją zobaczyć, ponieważ przez półgodzinie zamknięta w łazience na pewno stała się Miss Italii.
- Jeszcze chwila! - odkrzyknęła i wzięła kilka głębokich oddechów. Trochę bała się tego spotkania. Ich relacja były czysto przyjacielska, nieformalna, nigdy w większej grupce niż kilka osób. Nie chciała by zachowywał się dziwnie tylko dlatego, że jest ich więcej wokół niej. Z jednej strony fakt, rodziny reszty również miały przyjechać, ale ona nie pasowała do tamtego towarzystwa, już to wiedziała. Zresztą, jak niby ją przedstawi? Oni i tak go nie zrozumieją.
- Vittoria, proszę Cię! To nie koniec świata!
- No nie, ale powiedziałeś, że chwila będzie. - wzruszyła ramionami wychodząc z łazienki. - Już jestem gotowa.
- No to idziemy. - stwierdził zabierając rzeczy i zamykając za nimi pokój, by za chwilę oddać klucz na recepcji. Nieustannie coś opowiadał, przy tym śmiejąc się jakby już byli najlepszymi przyjaciółmi.
- Obiecaj mi coś. - zażądała nagle, ponieważ od dłuższej chwili to chłopak wiódł prym w ich rozmowie. - Dobrze?
- O co chodzi? - chłopak aż przystanął zdecydowanie zdumiony jej zachowaniem.
- Jeśli będzie niekomfortowo, czy Thomas będzie się dziwnie zachowywał czy... - wyliczała, a on słuchał uważnie. - To wrócimy do domu, dobrze?
- Ale...
- Wrócimy do domu, obiecaj mi to.
- Obiecuję, że... Będzie dobrze. Nie będzie niekomfortowo, poznasz wszystkich, zobaczysz kadrę od środka. Naprawdę nie ma się czego bać. - uśmiechnął się do niej. - Niby dlaczego tak czujesz?
- Nie lubię takich rzeczy.
Poznawania tak wielu ludzi i...
- Ale nikt nie wie o Twojej chorobie. Pozna Cię jako przyjaciółkę Thomasa, więc...
- Nie zrozumiesz. - mruknęła tylko. - Dziewczyna nie jest przyjaciółką, a jeśli tak to najprawdopodobniej do łóżka.
- I to Cię martwi? - parsknął. - Co ich to obchodzi. Co najwyżej pożartują sobie i tyle, temat umilknie. Najważniejsze, że wy wiecie jak jest, no chyba, że...
- Nie. Nie jestem. - warknęła nagle. - Dlaczego niby tak pomyślałeś?
- A dlaczego Ty się tym martwisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie, a ona już więcej się nie odezwała.
- Jesteśmy. - powiedział po kilkunastu minutach podróży. Wyobrażała sobie godziny w korkach czy innych utrudnień, ale on po chwili po prostu oznajmił jej, że to tutaj.
- Na pewno? Miała być podróż i...
- A nie było? - wzruszył ramionami. - Napiszę do Thomasa. „Stary jesteśmy już. Zajmij się nami czy coś. I już nic nie jedz, bo będziesz gruby i dziś nie zagrasz” Wysłane.
- Dziś nie zagrasz? Jak to? To dziś mecz?
- No tak, sparing taki. A co?
- Wybieramy się na ten mecz? - wzruszył ramionami. - A jeśli bym powiedziała, że chciałabym pokibicować? To znaczy, po tej nocy wiem, nie najlepiej się czujesz, ale...
- Zostaniemy. - przerwał jej, a ona obdarzyła go chyba najpiękniejszym uśmiechem, którego jeszcze nie widział.
- Dziękuję. - zdążyła wyszeptać, kiedy Thomas zbliżał się do nich żwawym krokiem.
- No siema Matteo. Cześć Vitt! - przywitał się z nimi, oczywiście z chłopakiem uścisk ręki, a dziewczynę zaraz przytulił do siebie. - Cieszę się, że się udało, zwłaszcza, że generalnie jesteśmy w stolicy. Akurat, dla Twojej wiadomości – tu zwrócił się do Matteo – odpoczywamy w pokojach, bo wszyscy czekają na przyjazd swoich rodzin. Ja już mam was, więc chodźcie się przywitać.
- No to idziemy. - powtórzył Piano badawczo patrząc na Vitt, która wzięła głęboki wdech i uśmiechając się do niego, ruszyła za chłopakami, którzy już pokrzykiwali coś do siebie.
- Dawaj Tommy! - krzyczała, widząc jak staje na zagrywce. Ludzie mogli dziwnie na nią spoglądać ponieważ ubrana była w jego drugą koszulkę, która zdecydowanie była na nią za duża, a na dodatek za bardzo nim pachniała, jednak postanowiła ją przyjąć. Zarzekała się, że chce ją tylko na ten mecz i że po spotkaniu odda w ręce właściciela. W końcu dziwnie tak siedzieć z nazwiskiem Beretta. Okej, fakt – kibicki również posiadały takie koszulki, jednak dla niej to wszystko było zdecydowanie nowe.
- No kurde, stary. Aleś sknocił. - mruknął Matteo, a ona głęboko westchnęła. - Ale chyba mu wybaczymy, bo sparing niczego sobie? - pokiwała głową. - No to co? Teraz można zabierać Cię już na siatkówkę?
- Jakbym miała inne wyjście obracając się w towarzystwie siatkarzy. - parsknęła śmiechem, a on tylko badawczo jej się przyjrzał. - No co tak patrzysz?
- Nie, nic. - puścił jej oczko, kiedy ponaglała go miną. - No nic, poważnie. Oglądaj sparing.
- No i tak ma być! Od tego czasu bez porażki mam nadzieję. - roześmiała się, kiedy chłopak podchodził do ich dwójki i stał widocznie zdziwiony jej obeznaniem. - No co tak patrzysz, dobrego nauczyciela mam.
- Trochę mnie nie ma, a tu chyba coś się pozmieniało. - stwierdził, ale przytulił ją mocno. - No i muszę przyznać, że świetnie Ci w tych barwach.
- No przecież Włoszka, nie? - parsknął Matteo. - To od razu widać.
- Apropo barw! Zaraz skoczę do toalety i oddam Ci Twoją koszulkę, no bo...
- To jest prezent. - kręciła głową, nie chcąc się zgodzić. - Naprawdę, to jest prezent. Weź ją. - przekonywał ją cały czas.
- Ale ja...
- Weź ją. Będziesz miała na następny raz, ponieważ będzie następny, tak? - pokiwała głową z uśmiechem. - No stary, to nam kibica załatwiłeś. Teraz to na pewno w niczym nie przegramy.
- Wiedziały gały co brały. - roześmiał się tamten.
A ona pośród nich stała i czuła się, jakby znalazła swoje miejsce na ziemi. Jakby znalazła coś ważnego w swoim życiu, co miałoby sprawić że od teraz wszystko będzie inaczej. Nie miała wątpliwości, że ten dzień był po coś. Poznała przyjaciół Thomasa, a nawet i poprawiła się relacja między nią a Matteo. Czuła, że to przez to wydarzenie nad ranem. Każdy miał w sobie jakiś ubytek, którego wcześniej oboje nie rozumieli. Teraz chyba jednak coś pękło, a oni zachowywali się niczym starzy dobrzy przyjaciele.
***
Czternaście rozdziałów, bo łącznie z prologiem, to chyba wystarczający czas, żeby zaczęli normalne stosunki, też tak myślicie? Zwłaszcza, że 14 to reprezentacyjny numer Matteo Piano! A to przypadek ;) A może tu nie ma przypadków?
Życzę Wam spokojnego tygodnia, to przede wszystkim! Buziaki :*
- Ale nikt nie wie o Twojej chorobie. Pozna Cię jako przyjaciółkę Thomasa, więc...
- Nie zrozumiesz. - mruknęła tylko. - Dziewczyna nie jest przyjaciółką, a jeśli tak to najprawdopodobniej do łóżka.
- I to Cię martwi? - parsknął. - Co ich to obchodzi. Co najwyżej pożartują sobie i tyle, temat umilknie. Najważniejsze, że wy wiecie jak jest, no chyba, że...
- Nie. Nie jestem. - warknęła nagle. - Dlaczego niby tak pomyślałeś?
- A dlaczego Ty się tym martwisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie, a ona już więcej się nie odezwała.
- Jesteśmy. - powiedział po kilkunastu minutach podróży. Wyobrażała sobie godziny w korkach czy innych utrudnień, ale on po chwili po prostu oznajmił jej, że to tutaj.
- Na pewno? Miała być podróż i...
- A nie było? - wzruszył ramionami. - Napiszę do Thomasa. „Stary jesteśmy już. Zajmij się nami czy coś. I już nic nie jedz, bo będziesz gruby i dziś nie zagrasz” Wysłane.
- Dziś nie zagrasz? Jak to? To dziś mecz?
- No tak, sparing taki. A co?
- Wybieramy się na ten mecz? - wzruszył ramionami. - A jeśli bym powiedziała, że chciałabym pokibicować? To znaczy, po tej nocy wiem, nie najlepiej się czujesz, ale...
- Zostaniemy. - przerwał jej, a ona obdarzyła go chyba najpiękniejszym uśmiechem, którego jeszcze nie widział.
- Dziękuję. - zdążyła wyszeptać, kiedy Thomas zbliżał się do nich żwawym krokiem.
- No siema Matteo. Cześć Vitt! - przywitał się z nimi, oczywiście z chłopakiem uścisk ręki, a dziewczynę zaraz przytulił do siebie. - Cieszę się, że się udało, zwłaszcza, że generalnie jesteśmy w stolicy. Akurat, dla Twojej wiadomości – tu zwrócił się do Matteo – odpoczywamy w pokojach, bo wszyscy czekają na przyjazd swoich rodzin. Ja już mam was, więc chodźcie się przywitać.
- No to idziemy. - powtórzył Piano badawczo patrząc na Vitt, która wzięła głęboki wdech i uśmiechając się do niego, ruszyła za chłopakami, którzy już pokrzykiwali coś do siebie.
- Dawaj Tommy! - krzyczała, widząc jak staje na zagrywce. Ludzie mogli dziwnie na nią spoglądać ponieważ ubrana była w jego drugą koszulkę, która zdecydowanie była na nią za duża, a na dodatek za bardzo nim pachniała, jednak postanowiła ją przyjąć. Zarzekała się, że chce ją tylko na ten mecz i że po spotkaniu odda w ręce właściciela. W końcu dziwnie tak siedzieć z nazwiskiem Beretta. Okej, fakt – kibicki również posiadały takie koszulki, jednak dla niej to wszystko było zdecydowanie nowe.
- No kurde, stary. Aleś sknocił. - mruknął Matteo, a ona głęboko westchnęła. - Ale chyba mu wybaczymy, bo sparing niczego sobie? - pokiwała głową. - No to co? Teraz można zabierać Cię już na siatkówkę?
- Jakbym miała inne wyjście obracając się w towarzystwie siatkarzy. - parsknęła śmiechem, a on tylko badawczo jej się przyjrzał. - No co tak patrzysz?
- Nie, nic. - puścił jej oczko, kiedy ponaglała go miną. - No nic, poważnie. Oglądaj sparing.
- No i tak ma być! Od tego czasu bez porażki mam nadzieję. - roześmiała się, kiedy chłopak podchodził do ich dwójki i stał widocznie zdziwiony jej obeznaniem. - No co tak patrzysz, dobrego nauczyciela mam.
- Trochę mnie nie ma, a tu chyba coś się pozmieniało. - stwierdził, ale przytulił ją mocno. - No i muszę przyznać, że świetnie Ci w tych barwach.
- No przecież Włoszka, nie? - parsknął Matteo. - To od razu widać.
- Apropo barw! Zaraz skoczę do toalety i oddam Ci Twoją koszulkę, no bo...
- To jest prezent. - kręciła głową, nie chcąc się zgodzić. - Naprawdę, to jest prezent. Weź ją. - przekonywał ją cały czas.
- Ale ja...
- Weź ją. Będziesz miała na następny raz, ponieważ będzie następny, tak? - pokiwała głową z uśmiechem. - No stary, to nam kibica załatwiłeś. Teraz to na pewno w niczym nie przegramy.
- Wiedziały gały co brały. - roześmiał się tamten.
A ona pośród nich stała i czuła się, jakby znalazła swoje miejsce na ziemi. Jakby znalazła coś ważnego w swoim życiu, co miałoby sprawić że od teraz wszystko będzie inaczej. Nie miała wątpliwości, że ten dzień był po coś. Poznała przyjaciół Thomasa, a nawet i poprawiła się relacja między nią a Matteo. Czuła, że to przez to wydarzenie nad ranem. Każdy miał w sobie jakiś ubytek, którego wcześniej oboje nie rozumieli. Teraz chyba jednak coś pękło, a oni zachowywali się niczym starzy dobrzy przyjaciele.
***
Czternaście rozdziałów, bo łącznie z prologiem, to chyba wystarczający czas, żeby zaczęli normalne stosunki, też tak myślicie? Zwłaszcza, że 14 to reprezentacyjny numer Matteo Piano! A to przypadek ;) A może tu nie ma przypadków?
Życzę Wam spokojnego tygodnia, to przede wszystkim! Buziaki :*
No proszę proszę, jakaż to pikanteria się wkradła w relacje naszej dwójki :D Coś mi się wydaje, że Matteo w końcu dopnie swego... Tylko co na to Thomas? ;)
OdpowiedzUsuńEj. Ja też chcę koszulkę reprezentacyjną. Chyba każdy by chciał. A ona głupia chciała ją oddać... Chyba że wolałaby od Matteo, to wiele wyjaśnia :P
Ojeej, no nareszcie relacje Vitt i Matteo uległy poprawie. Znacznej poprawie. Fantastycznie to wróży na przyszłość. No i zdecydowanie Piano jest z jednej strony niepokojące, a z drugiej ekscytujące... zobaczymy czy rzuca słowa na wiatr :) buziaki!
OdpowiedzUsuńHeh hej, mam wielką nadzieję, że w ten weekend pojawi się coś nowego! :)
OdpowiedzUsuń